Drugi dzień to lekka odwilż festiwalowa. Line – up nie zachwycił, choć było kilka dobrych smaczków. Na dodatek był pożar, który niektórzy uznali za największą atrakcję tego dnia. Na szczęście nikomu się nie stało i ruszyliśmy na koncerty.
Śpiewający, polski James Dean
Nie samymi zagranicznymi koncertami człowiek żyje na festiwalu. W tym roku naprawdę jest w czym wybierać, bo organizatorzy zadbali o mnogość naszych artystów. Jednym z nich jest dopiero co debiutujący Piotr Zioła, który już teraz zdobył całkiem sporą popularność. Album nagrał naprawdę przyzwoity z mnóstwem odniesień do poprzednich dekad, ale jak wiadomo próbą są koncerty i sposób wyrażania tego, co stworzył. I tu się to broni, naprawdę. Młody wokalista co prawda dopiero nabywa umiejętności sceniczne, ale już wkrótce nabierze tej pewności siebie i swobody. Gorąco w to wierzę i trzymam za niego kciuki! Takich talentów trochę nam brakuje na polskiej scenie, a na takie chętnie poszedlbym jeszcze raz.
Polska alternatywa = światowa klasa
Kamp! wyrobiło sobie w Polsce, ale także i za granicą pewną renomę. To młody zespół, ale także festiwalowy pewniak, który zawsze się sprawdza. Szkoda tylko, że organizatorzy wstawili ich (chyba na siłę) na Orange Stage, bo takie koncerty są najlepsze w Tent Stage i tu nie mamy o tym wątpliwości. Koncert zbiegł się też z pożarem foodtracka i pierwszymi opadami deszczu, co nieco ostudziło wrażenia. Na scenie zespół zaprezentował materiał z ostatniej płyty Orneta, którą zręcznie przetasował z starszymi kawałkami, udowodniając tym samym, że należą do czołówki najlepszych polskich zespołów. Trzymam za nich kciuki, bo warto.
Foals pewniakiem Open’era
Zespół Foals zaliczył w ciągu piętnastu edycji festiwalu juz swoją trzecią wizytę w Gdyni i niewątpliwie należy do ulubieńców Mikołaja Ziółkowskiego. Wydaje się też, że z edycji na edycję coraz bardziej kochają Polskę, komplementując naszą publiczność, mówiąc skromne „dziękuję” czy po prostu opowiadając kolejne anegdoty z lat poprzednich wizyt. Zespół pokazał się z dobrej, rockowej strony, ale wiadomo jakieś niuanse wokalne przyćmione zostały przez prezentację i charyzmę wokalisty. Widać było również, że ludzi to kręci, że przyszli ich posłuchać. Osoby obok mnie stojące, znały chyba każdy ich kawałek na pamięć i śpiewały razem z zespołem, oddając świetną energię. To był dobry koncerty, nawet dla tych co nie bardzo odnajdują się w takich klimatach muzycznych.
” alt=”” />
” alt=”” />
” alt=”” />
Maria Awaria, 1:0
Koncert Marii Peszek zbiegł się z meczem naszej reprezentancji, ale sama zainteresowana liczyć mogła mimo to na dość dużą publiczność. Wokalistka wypada koncertowo świetnie, a na jej występy przychodzi wiele feministek albo jak wolicie kobiet zdecydowanych i niezależnych. Trochę głupio czułem się w tym tłumie, ale warto było się tu pojawić. Prezentacja nowych utworów na pewno podobała mi się o wiele bardziej niż w wersjach studyjnych. Otrzymują one tu pewnego powera, pewnej mocy jaką Maria ma w sobie i pragnie dać swiem słuchaczom. No i przy pierwszym golu krzyknęła z radością „1:0” i pomachała małą flagą, by przy Sorry Polsko ją wyrzucić za siebie. Nieźle.
Red Hoci czyli papryczki po polsku
Mimo, że wciąż trwał mecz, to Red Hot Chili Peppers mogli liczyć na wsparcie Polaków… i największą publiczność podczas tej edycji festiwalu. Panowie na szczęście nie skupili się na promocji nowego wydawnictwa (bardzo przeciętnego), a zaprezentowali nam przekrojówkę ich największych przebojów, które wylansowali. Nie zabrakło więc Californication, Otherside, Can’t Stop czy We Turn Red. Co ciekawe papryczki zaintonowały dwukrotnie przyśpiewkę „Polska Biało Czerwoni”, jakby kibicując naszym i mówiąc nam, że damy radę, ale lepiej, abyście bawili się z nami. W jakiej formie jest zespół? Dobrej, takiej wyjętej z lat 90. Wydawało mi się, że wokalista śpiewa trochę od niechcenia, zabrakło mi też trochę świeżej energii, no ale może taki ich urok? Nieważne, bo to był koncert na który każdy czekał. Red Hoci to gwiazda niekwestionowana, którą chce zobaczyć każdy.
” alt=”” />
” alt=”” />
” alt=”” />
” alt=”” />
Trąbka i trąbka, no i jeszcze trąbka
Bardzo ciekawy byłem tego koncertu, choć za trąbkami w takiej ilości nie przepadam. Beirut to klasa sama w sobie, ale dla mnie co za dużo, to nie zdrowo. Bylo zbyt monotonnie, nie moje gusta. Po kilku utworach wybrałem się więc na…
Rebeka
Rebekę dobrze znam i kocham. Byłem już na ich koncercie klubowym z nowym materiałem, więc wiedziałem czego mogę się spodziewać. Było dokładnie tak, jak sobie wyobrażałem. Klimatycznie, ale i tanecznie. Alternatywno elektronicznie z dużą dawką muzyki, w której można się ruszać i tańczyć. A tancerzy i wygibersów nie brakowało, co było widać wśród publiczności. Duet zaprezentował nam utwory głównie z nowej płyty Davos, ale nie zabrakło też tych z Hellady, które wszyscy dobrze znamy. Jak dobrze, że mamy w Polsce Rebekę i możemy jej słuchać bez końca.
M83 – niewykorzystany potencjał
M83 wystąpili w Gdyni jako after po koncercie Red Hotów, ale i tak zebrali dużą liczbę fanów pod sceną. Był to także mały awans grupy, która ostatnim razem grała w Tent Stage, a tym razem awansowała na Orange Stage. Zespół dowodzony przez Anhony’ego Gonzaleza ma naprawdę duży potencjał jeśli chodzi o koncerty, ale chyba nie do końca umie go jeszcze umiejętnie zaprezentować. Były oczywiście momenty dobre jak chociażby przy Go!, gdzie publiczność odliczała z zespołem, ale takich urywków było jak na lekarstwo. Chciałbym, aby trochę nad sobą popracowali, bo z takim repertuarem stać ich na więcej. Może przy kolejnych edycjach Open’era będzie już lepiej?
” alt=”” />
” alt=”” />
Wymarzony koniec
Tego dnia na koniec potrzebowaliśmy mocnego uderzenia, takiego z grubej rury. I tak naprawdę go dostaliśmy, bo na Tent Stage wystąpiło Caribou. Namiot oszalał – stał się jedną wielką dyskoteką o podbiciu transu, elektroniki, z mocną perkusją w tle. Nikt tu nie stał obojętnie, mimo później godziny występu i tak naprawdę długiej drogi na Tent. Dawka dobrej energii na dobrym festiwalu nam się przydała.





