Natalia Przybysz nie przestaje mnie zaskakiwać, a co ważniejsze – zachwycać. Począwszy od projektu z piosenkami Janis Joplin, przez płytę, co prawda trochę słabszą, Prąd, aż po kolejne wspaniałe dzieło, czyli zespół Shy Albatross. Można mieć wrażenie, że starsza z sióstr kultowego Sistars jest u szczytu, ale wydaję mi się, że jest inaczej – myślę, że Natalia Przybysz dopiero się rozkręca, a dodatkowo ma ogromne szczęście, że spotyka takich muzyków jakich spotkała tym razem.
Shy Albatross to formacja, którą tworzą: Raphael Rogiński, Miłosz Pękala, Hubert Zemler i oczywiście wyżej wymieniona wokalistka. Dodatkowo skład zespołu wspomogli: Katarzyna Kolbowska grająca na harfie, Ariel Nahum na flecie oraz Sebastian Witkowski, który zajął się gitarą basową. Koniecznym jest podkreślenie, że wszystkie utwory skomponowane zostały przez Raphaela Rogińskiego, a teksty (z wyjątkiem Lonely Woman) są opracowaniami słów z amerykańskich piosenek. folkowych To tyle ze spraw czysto teoretycznych, bo przecież najważniejsze są dźwięki muzyki, którą słyszymy na Woman Blue, a jest na czym zawiesić ucho.
Płytę otwiera singiel – Moonlight. Przybysz ma niebywały talent wokalny i oprócz tego bije od niego niezwykły romantyzm. W singlu idealnie komponuje się on z muzyką – subtelną, płynąca gdzieś pomiędzy szczytami gór Kentucky, gdzie (jak czytam we wkładce) powstał tekst. Następnym utworem jest Blind man stood on the way and cried. W tej kompozycji pięknie wybrzmiewa solo fletu, ale jeszcze piękniej wibrafon i balafon – te instrumenty z bluesowo brzmiącym głosem tworzą niezwykły klimat. Dalej usłyszymy piosenkę Lonely woman. Jest to smutna ballada z leniwie płynącą perkusją oraz gitarą. Po tych trzech utworach aż sam nie wiem, którą mógłbym wyróżnić szczególnie, a to przecież dopiero początek.
Czwarty jest See see rider, w którym delikatność perkusyjnych miotełek została wsparta solówkami cymbałów i harfy. Wspaniała jest to kompozycja a do tego pozwalająca odpłynąć gdzieś daleko daleko. Zaraz po niej wybrzmiewa Dink’s song i brzmi już bardziej bluesowo w warstwie wokalnej, chociaż nie brakuje w niej łagodnego tempa. Natomiast już pełnoprawny blues usłyszymy w Good bye mother blues. I nie dość, że usłyszymy tu blues to w dodatku wręcz gospelowe zaśpiewy. Wszechstronność kompozycji zawartych na tej płycie jest olśniewająca, ale jednocześnie imponujące jest to, że wszystko jest tu tak spójne!
Siódmy utwór to z pewnością moment szczególny – jest to Salangadou. Tekst utworu zaśpiewany jest w języku kreolskim i pochodzi z Nowego Orleanu. Jest pierwszy język, którym posługiwali się czarnoskórzy niewolnicy przybyli do Ameryki. Do pięknie brzmiącego języka dołączona została minimalistyczna, transowa muzyka, a Natalia Przybysz śpiewa z wyjątkowym skupieniem – nic dziwnego, bo w końcu tekst traktuje o zmarłym dziecku, a jego adresatem jest matka. Przedostatnią piosenką jest Down in the valley – buduje ona napięcie od pierwszej sekundy, by na końcu dać upust emocjom. I na koniec piosenka-manifest. Jak można przeczytać we wkładce – nigdy więcej smutku, płaczu, niewolnictwa. Muzycy apelują, by śpiewać za czarnoskórymi bardami o wolności, a to wszystko przy dźwiękach m.in. monumentalnego solo gitarowego. To pieśń wyzwolenia! Pieśń, która rewelacyjny sposób kończy tę muzyczną podróż.
Płyta Woman Blue idealnie wpasowała się w moje aktualne muzyczne fascynacje, ale z pewnością nie wyłącznie dlatego uważam ją za wybitną. Uważam ją za wybitną, bo jest w niej tak ogromna wrażliwość, taka subtelność, taka muzyczna elegancja i przede wszystkim – inteligencja, której można pozazdrościć każdemu muzykowi z osobna. Naprawdę dawno żadna płyta nie wywarła na mnie tak ogromnego wrażenia i jestem przekonany, że długo nie będę potrzebował żadnych innych muzycznych doznań.


