Kortez w warszawskim Palladium. Relacja Piotra Krajewskiego

Biletów na ten koncert nie było od dawna. Środowy występ artysty przyciągnął tłumy Warszawiaków. Co jest takiego wyjątkowego w Łukaszu Federkiewiczu?

Kortez to prawdopodobnie jeden z największych debiutantów ostatnich lat. Krążek Bumerang zdołał nieźle namieszać na polskiej scenie muzycznej. Co najważniejsze – nie on sam zabiegał o ten sukces, rozgłos przyszedł bowiem sam. Prawdziwa siła muzyki! Polacy pokochali momentalnie jego utwory, a album pokrył się niedawno platyną. Nic dziwnego. Muzyka Korteza emanuje ciepłem, wrażliwością i prostotą. Wydaje się być szczera do bólu.

I jest. Naprawdę. Półtoragodzinny koncert utwierdził mnie w przekonaniu, że w twórczości tego artysty nie ma krzty fałszu, jest za to niezwykła autentyczność. Jego kariera nie jest kolejną fikcją, a on sam nie jest sztucznym tworem-towarem udającym talent, który będzie grany w komercyjnych stacjach radiowych co pięć minut. Warszawskie Palladium zobaczyło prawdziwego Łukasza Federkiewicza, w luźnym t-shirt’cie oraz czapce z daszkiem, bez próby robienia wokół siebie niepotrzebnego szumu. Wyszedł i zaczarował. Nie musiał wiele mówić, więź emocjonalna z publicznością nawiązała się sama – czysto naturalnie. Jego ciepły wokal, gitara oraz pianino. Tyle wystarczyło, by widzowie zapomnieli o sobie, a skupili się na intymnych historiach opowiadanych przez Korteza.

Pozornie proste i spokojne utwory wywołują niezwykłe uczucia. Słysząc na żywo utwory Zostań, Ćma Barowa, Od Dawna Już Wiem, Dla Mamy, Z Imbirem czy tytułowy Bumerang dopadają człowieka przeróżne emocje – od smutku, poprzez tęsknotę za czymś nieokreślonym, aż po wielki zachwyt. Wow. Istny wewnętrzny misz-masz.

Moją uwagę zwróciła również piękna, ale jednocześnie bardzo subtelna gra świateł oraz cieni. Stworzyła ona niesamowicie przeszywającą atmosferę, pełną magii, romantyzmu i nostalgii. Sylwetka Korteza była niekiedy ledwo widoczna, co dawało zadziwiający, intymny efekt. Wdzięczność publiczności była ogromna. Artystę nagradzano wielkimi brawami po każdej kompozycji, a koncert zakończył się aż dwoma bisami. Uwierzcie, mogło być ich o wiele więcej.

Takich artystów nam potrzeba. Słuchać Korteza jedynie studyjnie? To zbrodnia. Jego zwyczajnie trzeba zobaczyć na żywo. Mało który debiutant potrafi swoim występem doprowadzić człowieka do tylu intensywnych emocji. Nie potrzebuje do tego rozbudowanego akompaniamentu czy efektów specjalnych. Buduje swój muzyczny świat wokalem, kilkoma instrumentami i głębokimi tekstami, które trafiają wprost do serc słuchaczy. Jego utwory mają ogromną moc. Wracają do człowieka jak tytułowy bumerang. Dlaczego? Bo tworzy je człowiek z prawdziwą pasją. Nie wierzycie? Wybierzcie się na koncert.

Czytaj również