Gwen Stefani – This Is What The Truth Feels Like (2016), recenzja Beaty Prętnickiej

Na trzecią płytę Gwen Stefani czekaliśmy długie dziewięć lat. Po dość dobrych Love. Angel. Music. Baby. czy The Sweet Escape brakowało tego elementu, który w pełni dopełniłby tamtą epokę. Problemem This Is What The Truth Feels Like jest… właśnie czas. Dekada to szmat czasu, jeżeli chodzi o muzykę, jej stylistykę, a przede wszystkim oczekiwania słuchaczy. Przyłączam się więc do pytania mojej redakcyjnej koleżanki Zuzy: czy Gwen ma jeszcze do czego wracać?

Starszym melomanom wokalistka kojarzy się z nieśmiertelnym It’s My Life i kolegami z No Doubt. Mi Gwen Stefani kojarzy się właściwie z dzieciństwem. Jako nastolatka nuciłam sobie Hollaback Girl, zachwycałam się buntowniczym charakterem What You Waiting For? W późniejszym czasie zastanawiałam się nad fenomenem coveru Rich Girl, który to nagle zaczął być wykorzystywany w filmach czy serialach, stając się ważną częścią popkultury. Z biegiem lat na nowo odkrywałam zawartość o elementy, których nie zauważałam bądź też je ignorowałam. Tym oto sposobem przy dźwiękach Cool, 4 In The Morning czy The Sweet Escape co roku czekałam na to, by Gwen Stefani dała wreszcie porządną dawkę dobrej muzyki, z pominięciem paru tak zwanych wypadków przy pracy. Gdy jednak już powoli przestawałam wierzyć w jakikolwiek jej comeback, nagle ta frontmenka No Doubt zaczęła wydawać nowe single. Baby Don’t Lie prócz tandetnego, a zarazem chwytliwego dla niewymagającego wiele słuchacza refrenu, nie miał nic do zaoferowania. Podobnie rzecz miała się ze Spark The Fire, kompozycja, która zrujnowała moje marzenia o jej udanym powrocie. W moich uszach przeszła ona kompletnie bez echa. Kilka miesięcy później dostajemy balladę Used To Love You. To również nie było coś, czego oczekiwałam od wokalistki, aczkolwiek o niebo lepsze niż wcześniej zaprezentowane numery. W ogólnym rozrachunku, rozczarowałam się.

Przez cały czas zastawiałam się, gdzie podziewała się Gwen Stefani, która starała czerpać całymi garściami z poprzedniej dekady, przekazując muzykę i klimat tamtych czasów za pomocą tamtych dwóch płyt?! Przykład Jennifer Lopez pokazuje, że sława nie jest dana raz na zawsze i trzeba zawsze o nią walczyć. Oczywiście, bohaterka naszej recenzji też próbuje ponownie wkupić się w nasze łaski. Z jakim efektem? Czytając Wasze komentarze można stwierdzić, że zdania są podzielone. Z każdą wypowiedzią można zgodzić się połowicznie. This Is What The Truth Feels Like jest próbą kompromisu między przeszłością (reprezentowaną przez poprzednie dwa wydawnictwa), a teraźniejszością. Znajdujemy tu utwory, które nawiązują do twórczości sprzed lat, a także takie inspirowane modnym ostatnimi czasy throwbackiem wcześniejszych dekad.

Album otwiera Misery, numer który poznaliśmy kilka dni przed premierą całości. Stylistycznie możemy odnaleźć pewne podobieństwa z Rich Girl. Nie jest to może najlepsza kompozycja, lecz ma w sobie coś optymistycznego, co sprawia, że z niepoprawnie wysokim poziomem endorfin w organizmie pozwala oczekiwać dalszego rozwoju wydarzeń. Apetytu na więcej narobił też następny utwór. You’re My Favourite to powrót myślami do lat 90., a przede wszystkim do twórczości szwedzkiej grupy Ace of Base. Po części kontynuuje ten kontekst również Where Would I Be, lecz jest to pop z domieszką jamajskich rytmów. Wisienką na torcie może być też nawiązanie do Hollaback Girl w pewnym momencie.

Po tym wszystkim przechodzimy  do znanego nam Make Me Like You. Muszę przyznać, że jest to najlepszy singiel spośród trzech wypuszczonych do tej pory (artwork Misery sugeruje, że to właśnie ta piosenka zostanie bądź też została nowym singlem). To przyjemny numer, przy którym łatwo można wyobrazić sobie tańczącą Gwen w towarzystwie Madonny na planie klipu Sorry. Poprzednie zdanie jest jednak kolejnym wymysłem mojej wyobraźni, aczkolwiek grafika oraz teledysk do drugiego singla Gwen pozwala mi na takie stwierdzenie. W utworze Truth mamy wyjaśnienie tytułu przewodniego hasła, które przyświeca trzeciemu krążkowi artystki. Śpiewa o tym, jak prawda oddziałuje na drugiego człowieka. Z jednej strony wokalistka „cieszy się” z tego, że poznała prawdę a potem poznała też osobę, która jest autentyczna i szczera. Wszystko to ma po części charakter autobiograficzny: wiemy przecież, że Gwen bardzo mocno przeżyła zdradę męża i znalazła ukojenie w ramionach Blake’a Sheltona, kolegi po fachu z programu The Voice. Obok ballady Used To Love You, która de facto jest o podobnej tematyce, jest to utwór, który pod względem muzycznym nie może trafić. Wstęp, jak i fragmenty w Send Me A Picture do złudzenia przypominają dokonania Major Lazer. Naszpikowane elektroniką „coś” jest chyba jedną z najsłabszych propozycji zaserwowanych na nowym wydawnictwie Stefani.

Artystka jednak nie przestaje zaskakiwać i nadal próbuje odnaleźć się dosłownie w każdej stylistyce. Mimo swojego już niemłodego wieku Gwen wciąż czuje się w kawałkach takich jak Red Flag oraz Asking 4 It niczym ryba w wodzie. Ta stylistyka niewątpliwie sprawia, że czas zatrzymał się w miejscu, a sama wokalistka jest jak nastolatka: zbuntowana, zwariowana i pewna siebie. Prawdziwym pokazem umiejętności jest jednak Naughty i chyba życzyłabym sobie go jako nowy singiel. Przy odpowiedniej promocji ta propozycja jest w stanie nieźle namieszać: tutaj Gwen bawi się głosem, co w połączeniu z warstwą muzyczną tworzy połączenie wybuchowe: z każdą kolejną sekundą ciężko przewidzieć, co usłyszymy dalej. Dla mnie jest to idealny numer-zagadka… ale przecież o to chodzi, prawda? By zatrzymać się przy utworach na dłużej.

Na deser frontmenka No Doubt zostawiła nam dwie ballady. Me Without You nie jest jednak typowym przedstawicielem tegoż gatunku, gdyż tutaj jest dużo czerpane z R&B i z kultury hip-hopu. Mam tutaj na myśli Run This Town Jaya Z, który obraca się w podobnej rytmice. Jednakże jest kilkanaście sekund, które nie pasują całkowicie do reszty, mianowicie smyczki podkreślające krzyk wokalistki pod koniec refrenu. Początkowe dźwięki Rare są dość mylące, gdyż dla mnie jest to mieszanka dźwięków gitary słyszalnych w Are You With Me? Eastona Corbina oraz Sii, – fragmentami głos Stefani i Fuhler są łudząco do siebie podobne, na takiej samej zasadzie, jak Rihanna w utworze Cool Me Down Margaret.

Zupełnie nie miałam pojęcia, czego spodziewać się po tym albumie. Wiedziałam, że Gwen Stefani tym albumem będzie chciała się postarać się o miłość do jej muzyki od nowa. Krążkiem This Is What The Truth Feels Like po raz kolejny zaskoczyła wszystkich, jednocześnie udowadniając, że nadal jest wizjonerką i swoimi dokonaniami jest o kilka kroków dalej niż inni artyści. Nie boi się eksperymentować, nie boi się też porażki. Jest bowiem świadoma, że prędzej czy później zrozumiemy zawartość tej płyty, na pewno jednak trzeba oswoić się z materiałem, osłuchując się z krążkiem wielokrotnie. Tylko wtedy możemy odkryć geniusz tego wydawnictwa. Ja należę do tej grupy, która wciąż nie może ogarnąć, co dzieje się na tym wydawnictwie, lecz zdaję sobie sprawę z faktu, że po prostu potrzebuję czasu, by przekonać się do tego, co zaprezentowała nam Stefani. Nie znajduję powodów, by porównywać do wcześniejszych dokonań artystki: jest to nowy rozdział w jej karierze. Fanom troszeczkę lżejszych w odbiorze utworów polecam utwory z wersji deluxe: przebojowe i naszpikowane elektroniką, aczkolwiek chwilowo funkowe Obsessed; wyraźnie inspirowane hip-hopem Rocket Ship; Getting Warmer, gdzie chwilami można usłyszeć odniesienia do epoki te-trisa; doskonałą balladę Splash oraz Loveable, łudząco podobne do tego co prezentuje Taylor Swift.

Czytaj również