Mela Koteluk wystąpiła w warszawskiej Stodole. Relacja Piotra Krajewskiego

14 lutego. Dzień znienawidzony przez jednych, uwielbiany przez innych. Spędzić go można na wiele sposobów. Kina, teatry, kawiarnie czy kluby rokrocznie wypełniają się zakochanymi parami. Jak więc było tego dnia w warszawskiej Stodole? Podobnie. Koncert Meli Koteluk przyciągnął tłumy i klub szybko wypełnił się po brzegi. Biletów nie było już od dawna. Jak wypadła artystka?

Jedno trzeba przyznać. Wokalistka szybko znalazła swoje miejsce w muzycznym świecie. Udowodniła, że nie była zjawiskiem sezonowym, a udany debiutancki album z 2012 roku nie był dziełem przypadku. Wydając kolejny krążek Migracje (2014), potwierdziła tylko swój niezwykły talent. Dzięki niej ambitny pop ma w Polsce przyszłość.

Magia – tak jednym słowem mógłbym określić walentynkowy występ Meli. Lepszego pierwszego spotkania na żywo z jej muzyką nie mogłem sobie wyobrazić. Choć jestem jej wielkim fanem już od debiutanckiego Spadochronu, to dopiero teraz udało mi się dotrzeć na koncert. Pozostaje tylko żałować, że trwało to tak długo.

Artystka zaczarowała Warszawę na blisko dziewięćdziesiąt minut. Publiczność zgromadzona w Stodole miała szansę poczuć na własnej skórze prawdziwą moc muzyki. Koteluk zaprosiła wszystkich do swojego świata, pełnego niezwykłych oraz subtelnych momentów. Za sprawą emocjonalnego wokalu, bogatego instrumentarium i pięknej gry świateł, stworzyła show którego nie da, a przede wszystkim – nie chce się tak szybko zapomnieć. Co jest takiego niesamowitego w Meli? Autentyczność.

Miłość 🌴 Dziękujemy! ❤️

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Mela Koteluk (@mela_koteluk_official)

Widać i słychać było, że kolejna trasa artystki jest niezwykle przemyślana. Nowe, odświeżone oraz często dłuższe aranżacje znanych już utworów były strzałem w dziesiątkę. Sprawiły, że publiczność miała szansę odkryć jej twórczość na nowo. Chapeau bas dla całego zespołu! Rockowa wersja Spadochronu, mocno folkowe (za sprawą dźwięków ukulele) Migracje, pięknie zagrane Fastrygi czy skromne Stale Płynne doprowadziły fanów do euforii. W podzięce za piękne widowisko, wielbiciele Meli przygotowali dla niej kilka niespodzianek. Gdy rozbrzmiały pierwsze dźwięki Żurawiego Origami, klub wypełnił się mnóstwem papierowych serc i własnoręcznie przygotowanych origami. Artystka nie mogła ukryć wzruszenia. Piękny prezent.

Mela Koteluk posiada niezwykłą zdolność. Dzięki swojej wrażliwości i świadomym tekstom, potrafi przenieść widza w świat nieoczywisty, pełen wciągających brzmień oraz specyficznego klimatu. To słuchacz decyduje o tym, jak ma interpretować jej muzykę. Dlatego właśnie twórczość Meli tak intryguje. Piękno niedopowiedzeń. Wybierzcie się na jej koncert i przekonajcie się sami. Nie pożałujecie.

Czytaj również