Skorup – Ludzie Chmur (2015), recenzja Michała Szuma

Być może brzmi to już powoli jak wyświechtana mantra, ale każde oderwanie rapu od konwencji jest przeze mnie bardzo mocno wspierane. Trąbki, skrzypce, gitary i inne instrumenty wnoszą do tego gatunku coś, czego nie da się uzyskać FL’em czy innym syntetykiem. Dodając do tego charyzmatyczne flow, otrzymujemy album komplety.

Taką właśnie płytą jest najnowsze dzieło Skorupa, czyli Ludzie Chmur. Zacznę trochę przekornie i od tytułu. Skrupulatnie starałem się uchwycić wszystkie momenty bezpośrednio odnoszące się do tytułu krążka, jednak ostatecznie wyszło mi tego niewiele. Być może taka gra słów jest celowa i bezpośredniego odwołania mógłbym szukać do usranej śmierci, ale takich właśnie „jak krowie na rowie” fragmentów mi zwyczajnie brakuje. Czy to w bitach czy to w tekstach. Tutaj zwłaszcza ta pierwsza kwestia mogłaby być szeroko pociągnięta, bo motyw wysokogórski kojarzony zarówno z tytułem, jak i z grafiką ozdabiającą okładkę, jest naprawdę godny swego majestatu. A oddany w ciekawie skomponowanej muzyce jest naprawdę misternym przeżyciem. Przykład? Kawałek Himalajah Vixena.

Pomińmy zatem tytuł i skupmy się na tym, co istotne, czyli na treści. Na pierwszy plan z pewnością wysuwa się specyficzne flow Skorupa, które jest na tyle przystępne, że raczej nikogo nie powinno zniechęcać. Fakt – w kwestii barwy jest to dość jednostajna ścieżka (albo krzyk, albo stonowany rap), ale ten mały mankament nadrabiany jest ze sporym okładem dzięki przyśpieszeniom, zwolnieniom, pauzom i innym bajerom.

Treść w znaczeniu treści także bardzo się zgadza, bo po pierwsze: próżno w tekstach szukać banałów, a po drugie: czuć w nich prawdziwość. Tak – to również brzmi jak kolejny z tanich kiczów, ale naprawdę w przypadku Jacka ma się wrażenie, że wie o czym mówi, utożsamia się ze swoimi przemyśleniami i nie musi robić nic na siłę, bo przychodzi mu to naturalnie. Lirycznie płyta dotyka bezpośrednio rapera, lecz znajdziemy na niej także luźne przemyślenia na temat otaczającego świata.

Z całym szacunkiem do Skorupa, bo odwalił on kawał dobrej roboty, to jednak najlepszą rzeczą na tej płycie są podkłady muzyczne. Jak już wspomniałem, wszelkie instrumenty plus rap równa się podjarka na maksa. Paradoksalnie, ta płyta jest stricte hip-hopowym tworem, bo ramię w ramię z żywymi muzykami idą bum-bapy, ciężkie stopy i werble, a także ostre skrecze w paru kawałkach. Do tego w kwestiach wokalnych swoje grosze wtrącają goście, jak chociażby Mela Koteluk w kawałku Chłodny Front. To właśnie ten kawałek wydał mi się najbardziej „w chmurach”, a że pani Malwina lubi obcować z takimi klimatami, toteż całość naprawdę świetnie współgra.

Producencko płyta także stoi na świetnym poziomie, a za ten odpowiedzialny jest duet muzyczny JazBrothers. Kawałki są naprawdę przemyślane, dobrze złożone, a do tego mają swój charakterystyczny groove płynący z mieszanki bogatego intrumentarium i tłustych bębnów. Sam Skorup odnalazł się na nich niczym dziecko na placu zabaw, czerpiąc niewątpliwą przyjemność z przedsięwzięcia. Od premiery albumu minęło już trochę czasu i pokazał on, że przyjęła się ona dość średnio. Trochę szkoda, bo praca w nią włożona z pewnością była spora, a największym honorem w zamian za nią byłoby większe zainteresowanie słuchaczy. Może przyjdzie ono z czasem? Oby.

Czytaj również