Finowie powrócili do naszego kraju nieco ponad rok od ostatniego występu, który odbył się w marcu 2014 roku w stołecznej Sali Kongresowej w ramach trasy Apocalyptic Symphony. Tym razem, w trakcie koncertów w Warszawie (7 października) oraz Krakowie (8 października), promowali dosyć chłodno przyjęty przez krytyków album Shadowmaker z kwietnia tego roku. Ja miałem przyjemność obejrzeć występ numer 2. w krakowskiej Hali Wisły.
Pierwotnie miejscem koncertu miał być Teatr Łaźna Nowa, jednak ze względu na duże zainteresowanie występem, organizatorzy postanowili przenieść całą imprezę w większe miejsce. Dobrze, bo w pierwotnej lokalizacji ciężko byłoby upchać publiczność zgromadzoną w budynku przy ulicy Reymonta.
Muzycy zaczęli od żywiołowo wykonanego Reign of Fear, które po powitaniu z publicznością przerodziło się w pochodzące z albumu Worlds Collide Grace. Zespół generalnie oparł setlistę na kawałkach z ostatniego krążka, ale co jakiś czas wplątywał kompozycje nieco starsze, dzięki czemu usłyszeliśmy też m.in. pamiętające jeszcze przeszły wiek Harmageddon (Inquisition Symphony), nieco nowsze, 15 – letnie Hope (Cult), czy też nostalgiczne i przepiękne Bittersweet (Apocalyptica). W kawałkach śpiewanych wiolonczelowy trzon grupy wspierał zaproszony do współpracy w 2014 roku Franky Perez. Za każdym razem, gdy zjawiał się na scenie, otrzymywał gromki aplauz od publiczności. W niektórych recenzjach ostatniej płyty Finów czytałem, że pomysł z powołaniem Amerykanina na stanowisko regularnego wokalisty nie był najlepszym pomysłem, ale ja się z tym nie zgodzę. Perez odnalazł się w specyficznej twórczości Apocalyptici, a dzięki niemu zespół wszedł ze swoimi piosenkami na nieco inny poziom.
KRAKÓW !!!! WHo's ready for some HARMAGEDDON tonight???!-pERTTU&pAAVohttps://www.youtube.com/watch?v=PPv4UWve7C0
Gepostet von Apocalyptica am Donnerstag, 8. Oktober 2015
Część podstawową grupa zakończyła swoją przeróbką In the Hall of the Mountain King Edvarda Griega, gdzie udało im się umieścić fragment polskiego hymnu. To był bardzo miły ukłon w naszą stronę. Został on gorąco i przyjaźnie odebrany przez widownię. Po krótkiej przerwie Apocalyptica powróciła na bis. Wykonali One z repertuaru Metalliki (wcześniej odegrali Master Of Puppets i Seek and Destroy), a już po pierwszych dźwiękach na moim przedramieniu można było zauważyć i poczuć gęsią skórkę. Potem zagrali jeszcze I Don’t Care, a krakowskie show zakończyli piękną balladą Dead Man’s Eyes. Prócz samej muzyki, na wielkie słowa uznania zasługuje oprawa wizualna całego występu – gra świateł, idealna synchronizacja laserów z rytmem oraz grafiki rzucane na czarną płachtę znajdującą się za zespołem.
Apocalyptica jest swoistym fenomen. Jako pierwsi na skalę światową potrafili stworzyć muzykę metalową, bazującą na instrumentarium kojarzonym głównie z wielce eleganckich, wyniosłych i niedostępnych dla szarego odbiorcy sztuki ścian filharmonii. W czasie koncertu parę razy poczułem to delikatne podniecenie i szacunek dla muzyki klasycznej, mimo że zamiast garnituru, miałem na sobie ubrane nieco pomięte dżinsy i lekko schodzone Vansy. Zespół zagrał ponownie w Hali Wisły po ponad sześciu latach przerwy. Powrót ten na pewno można uznać za udany.
Jeszcze kilka słów o supporcie. Było nim australijskie trio Tracer, którego twórczość bazuje na solidnym hard rocku. Ich nieco ponad półgodzinne show było bardzo przebojowe, co przełożyło się na ciepłe przyjęcie ze strony krakowskiej widowni. Basista zespołu Jett Heysen Hicks obchodził tego dnia urodziny, o czym poinformował lider grupy Michael Brown dodając, że solenizantowi z tej okazji potrzebne są jedynie vodka and pussy.



