Natalie Imbruglia – Male (2015), recenzja Beaty Prętnickiej

Każdy recenzent ma swoją czarną listę albumów, którą raczej nie chciałby ruszać. Na mojej widnieje poezja śpiewana, piosenka kabaretowa oraz składanki coverów. Dlaczego? Niezwykle trudno jest oceniać takie krążki, ciężko dopasować kryteria, gdyż te standardowe nie pasują do tego typu wydawnictw. Bardzo długo wzbraniałam się przed myślą pisania na temat piosenkarki, która nie dość, że debiutowała z coverem Torn, to jeszcze… postanowiła przearanżować męskie piosenki na damskie warunki. Co z tego wyszło?

Nie ukrywam – doceniam Natalię. Za wieloletnie podejmowanie tematu zdjęcia plakietki one hit wonder, przyszytej przy okazji coverowania Torn od Ednaswap. Skoro przy poprzednich krążkach się nie udało, to może Male coś tutaj zmieni? W końcu jak to się mówi: klin klinem. Jak pisałam wyżej – nie lubię słuchać płyt z coverami. Wyjątek robię przy głosach wartych uwagi – takich artystów jak Michael Buble, Andrzej Piaseczny czy teraz właśnie Natalia.

Muszę przyznać, że tym razem na warsztat wzięła bardzo ciekawie brzmiące kompozycje. W większości są to piosenki starsze ode mnie (od Was zapewne też :D ). Może to dlatego, że to są jej ulubione piosenki? No cóż, kto z nas nie podśpiewuje sobie Adama Lamberta, Sarsę, czy kogo innego akurat lubicie.

Wiecie dobrze, że uwielbiam słuchać starych przebojów. Przed odsłuchem Male postanowiłam więc wysłuchać oryginałów. Fajna energia, a przede wszystkim magia tych czasów w nich jest. W większości są to utwory spokojne i powolne, a z takich przynajmniej My znamy wokalistkę. Bo nic, oprócz Torn bądź Shiver czy Smoke nie kojarzymy, prawda?

Jak jej to wyszło? Szczerze mam wrażenie, jakby artystka dopiero co zaczynała karierę i nie wydawała żadnej innej płyty przed tym wydawnictwem. Czy to dobrze? Zależy pod jakim kątem patrzymy. Głos ma niczym ranny ptaszek – nieśmiały, aczkolwiek uroczy. Może dlatego przez lata jej kibicowałam, żeby wreszcie się jej udało. Faktycznie, krążek być może i jest dopracowany, Natalia często trafia w dźwięki (czasami się jej ta sztuka nie udaje) ale… brakuje mi tej motywacji, by pozostać z którymś z tych wykonań coverowych na dłużej. Po prostu żaden z kawałków nie zatrzymuje mnie na dłużej, niż muszę. Nie jestem w stanie opisać tego co czuję, gdyż słowo rozczarowanie to stanowczo za mało. Każdy z kawałków jest wykonany w podobnej stylistyce – nieważne, że oryginał np. The Cure jest mocniejszy czy też Pete Townshend bardziej dynamiczne.

Spróbuję jednak poszukać może plusów. Niewątpliwie na korzyść wychodzi jej wykonanie I Melt with You (org. Modern English) oraz singlowe Instant Crush (org. Daft Punk). Jeżeli chodzi o ten drugi kawałek – to cieszę się z kilku rzeczy. Pierwszą z nich to ludzki głos – taki prawdziwy, bez elektronicznych syntezatorów i różnych bajerów. Kolejna, bardzo dobry aranż i naprawdę, gdyby cały album był taki jak Instant… – przesiedziałabym przy nim dłużej. I ostatnia (nawiązująca do pierwszej) Imbruglia, którą chciałabym słyszeć częściej.

I to właściwie na tyle. Album nie zachwyca, jakby się można było spodziewać. Nie załamuje, gdyż daje nadzieję, że za jakiś czas artystka wyda coś bardziej własnego. A przede wszystkim coś, z czym odniesie międzynarodowy sukces. A ja naiwnie w to wierzę, jednak póki co wracam do jej twórczości z poprzednich albumów, gdyż Male mnie nie przekonuje.

Czytaj również