The Chemical Brothers – Born in the Echoes (2015), recenzja Joanny Gulewicz

Jest ich dwóch, robią naprawdę porządną elektronikę i zna ich cały świat. O kim mowa? Jeśli chodzi o elektroniczną muzykę big beatową The Chemical Brothers (obok takich gwiazd światowego formatu jak The Prodigy, czy Fatboy Slim) są zarówno pionierami jak i stałymi moderatorami. Muzycy w przyszłym roku będą świętować ćwierćwiecze swojej działalności i z całą pewnością nie był to czas stracony. Osiem wydanych krążków, 4 nagrody Grammy i Brit Award w kategorii Best British Dance Act mówią same za siebie. Zgodnie z ostatnim trendem każącym najlepszym zespołom robić jak najdłuższe przerwy między kolejnymi albumami, na swój najnowszy krążek – Born In The Echoes kazali czekać fanom aż pięć lat. Czy było warto?

Album otwiera singlowe Sometimes I Feel So Deserted. Głównym tworzywem utworu jest minimalowa, oszczędna ścieżka syntezatorów. Równolegle do niej pojawia się stłumiony i wycofany głos. Mimo, że tempo w utworze utrzymuje się na stałym i niskim poziomie, możemy odnieść wrażenie że wzrasta. To zasługa ubierania kompozycji w kolejne efekty, zagęszczające dźwiękami utwór. Kawałek wydaje się być swoistym intro, zapowiadającym mającą dopiero nadejść eksplozję dźwięku. Bardzo podobnie rzecz się ma z tytułowym Born In The Echoes. Jest minimalowo, oszczędnie i nie nachalnie.

Do eksplozji dochodzi w kolejnym singlu – Go. Bazę utworu stanowi linia automatu perkusyjnego, dyktująca rytm całości. W ślad za nią pojawiają się syntezatory i wokal. Kawałek jest szybki, nakręcony i umiejscowiony na niskich partiach pięciolinii. Dynamika utworu została zbudowana na relacji syntezatorów względem wokalu, który pojawia się odrobinę wcześniej niż tamte, dzięki czemu artyści „rozpędzają” utwór. W refrenach wszystkie elementy się zgrywają ale tylko po to, by ponownie wpaść w pogoń kolejnej zwrotki.

Under Neon Lights to trzeci singiel z płyty. Konstrukcją i dynamiką nawiązuje do Sometimes I Feel So Deserted. Jest wolno, sennie i leniwie. Głównym filarem utworu są spiętrzone syntezatorowe beaty oscylujące wokół wysokich rejestrów. Specyficzny efekt opalizowania, muzycznego iskrzenia się kawałka został osiągnięty dzięki podpięciu pod jeden wspólny, wysoki i durowy pień trzech zbliżonych do siebie ścieżek. Pierwsza wyznacza stały rytm i tonację, druga natomiast bawi się dźwiękiem, kreując wariacje kompozycji. Całości dopełnia marzycielski, kobiecy wokal Annie Clark (lepiej znanej jako St. Vincent), który mimo oczywistej sprzeczności określiłabym czymś na granicy dream- i electropopu. Eterycznie, marzycielsko i trip-hopowo.

Nastrojowość zmienia się całkowicie w ostatnim singlu – EML Ritual. Kawałek jest niepokojący, mroczny i pełen napięcia. Obok silnie zrytmizowanej ścieżki syntezatorów pojawia się przypominający okultystyczne modlitwy wokal umiejscowiony gdzieś pomiędzy śpiewem a szeptem. Niepokój wypełniający utwór jest budowany na styku zagęszczenia blisko spokrewnionych ze sobą dźwięków, które wraz z modlitewnym głosem wydają się pełnić rolę zaklinającą, hipnotyzującą słuchacza. Napięcie osiąga swój punkt kulminacyjny w drugiej części kompozycji, gdzie utrzymywane dotąd na podobnym poziomie dźwięki wraz z głosem nagle zaczynają piąć się półtonami wzwyż, co uwydatnia dodatkowo podbicie natężenia dźwięku. jest mrocznie, gniewnie i bardzo ciemno. Mój osobisty faworyt.

I’ll See You There z kolei to propozycja dla fanów tribalowych, psychotycznych i najeżonych dźwiękiem brzmień. Bazę kawałka stanowi wijąca się w sposób przypominający rytmy Wschodu ścieżka syntezatorów. Motyw wiodący pozostaje niezmieniony przez cała długość kompozycji ale natężenie i mnogość dźwięku sprawiają że kawałek rozprzestrzenia się w eterze niczym magiczne zaklęcia, mające wywołać z lampy Dżina. Najmniejszą rolę spełnia tutaj głos, który pojawia się tylko na krótkie chwile i pełni rolę oddzielającą poszczególne zapętlenia motywu wiodącego. Hipnotyzująco i dziko.

Wbrew pozorom następujący po I’ll See You There utwór Just Bang wcale nie jest tak bardzo odeń odmienny. Zwróćcie uwagę, że motyw przewijający się przez cały utwór jest tak naprawdę bliźniaczy względem tego, który dominował w I’ll See You There. Jedyną, choć jakże znaczącą różnicą jest ubranie go w inne dźwięki i podniesienie na pięciolinii. Niemniej jednak melodia pozostaje niezmieniona. Sądzę że ta elektroniczna wariacja  pokazuje jak dobrze muzycy z The Chemical Brothers radzą sobie z dźwiękiem. Dajcie nam nuty – zdają się krzyczeć – a my opracujemy je tak, że nie poznacie tego kawałka! Reflexion z kolei jest kompozycją z pogranicza big beatu, trip-hopu i downtempo. Łagodna linia melodyczna, subtelne zmiany dźwięków i kojący, pogodny nastrój dominujący w kompozycji przywodzą na myśl pełne słońca kompozycje Bonobo. Mimo całej tej „plażowej” atmosfery nie brak tu „przetartych”, porysowanych dźwięków, tak bardzo charakterystycznych dla big beatu. Podobnie jest w przypadku utworu Taste Of Honey i Wide Open. No i nareszcie liryczne Radiate. Tutaj robi się już bardzo trip-hopowo i przestrzennie. Dźwięki utrzymują się w obrębie wysokich i jasnych rejestrów. Odnosi się wrażenie, że utwór nieustannie pnie się po pięciolinii. Ten efekt został zbudowany dzięki stopniowemu podnoszeniu poszczególnych dźwięków i nieznacznemu obniżeniu ostatnich nut każdej poszczególnej całostki, dzięki czemu następujący po niej takt wydaje się być umiejscowiony znacznie wyżej, niż poprzedni. Tak naprawdę jednak apogeum zarówno pod względem nasycenia jak i wysokości dźwięku utwór uzyskuje tuż przed końcem, porażając słuchacza wysokim, przesterowanym dźwiękiem syntezatorów, który paradoksalnie wydaje się dopełniać harmonii całości.

Cóż mogę powiedzieć? Nie od dziś wiadomo, że Brytyjska scena jest jedną z najlepszych na świecie a i The Chemical Brothers na pewno do jednej z tych mnogich, nieciekawych formacji, o których się nie pamięta zaliczyć nie można. Znajdziecie tutaj kilka elektryzujących, dynamicznych kompozycji spod znaku klasycznego big beatu ale i parę bardziej lirycznych kawałków, ciążących w kierunku trip-hopu. Jedne i drugie trzymają poziom!

Czytaj również