Było leniwe sobotnie popołudnie. Pogoda nie zachęcała do wyjścia na dwór, dlatego postanowiłem pozostać w domu. Zbliżała się pora obiadowa, więc bez dłuższego namysłu postanowiłem otworzyć Spotify, aby umilić sobie przygotowanie posiłku. Nie miałem pomysłu na to, czego mógłbym posłuchać, dlatego czym prędzej sięgnąłem do mojej listy ‘płyt do przesłuchania’. Moim oczom ukazał się on – Eric Clapton i jego Forever Man. Klik, klik i startujemy…
Niewątpliwie Eric Clapton jest jednym z największych postaci w dziejach rocka. Mógłbym tu, na wstępie, napisać co nieco o jego muzycznym CV, osiągnięciach i tego typu sprawach, jednak wydaje mi się to bezcelowe. Zamiast tego, chciałbym zabrać Was w podróż po płycie, która jest kompilacją dotychczasowej twórczości tego wielkiego muzyka. Z kwestii formalnych chciałbym jedynie wspomnieć, że Forever Man jest trzypłytowym wydawnictwem, które dzieli się na CD 1 – Studio, CD 2 – Live i CD 3 – Blues. Zatem nie przedłużając, zapraszam na wyprawę w nieznane.
Po naciśnięciu przycisku ‘play’ przez chwilę stanąłem w bezruchu. Skupiłem się w pełni na tym, co słyszą moje uszy, i w ten sposób przesłuchałem trzy pierwsze piosenki. Niestety moje kiszki były bezwzględne i wraz z rozpoczęciem zmysłowego Tears In Heaven zaczęły grać w rytm tej piosenki, zatem rozpocząłem smażenie. A właściwie, to najpierw miksowanie, bowiem ciasto na naleśniki samo się nie chciało zrobić, mimo położenia wszystkich składników obok siebie. Wtedy to nadszedł mi z pomocą sam Eric, gdyż słowami: I must be strong and carry on, dodał mi otuchy i niejako nakłonił do mieszania. Tak nastrojony, wraz z zakończeniem niezwykle energicznego Forever Man, zakończyłem miksowanie i płynnie, niczym płynący głos Claptona w Believe in Life, przeszedłem do smażenia.
W międzyczasie, nie wiedząc właściwie kiedy, na moim odtwarzaczu rozpoczęło się odtwarzanie Travelin’ Alone, które poprzedzone było kilkoma mniej znaczącymi numerami. Klimatem piosenka bardzo wpasowała się w nastrój całej sytuacji, bowiem za oknem zaczął padać deszcz, ja znalazłem się sam w domu, a za oknem ani żywej duszy. Nie mieszkam co prawda w ścisłym centrum, jednak taki widok o tej porze dnia był na mojej dzielnicy co najmniej dziwny. W ten sposób naszła mnie chwila refleksji, którą wykorzystałem na rozmyślanie nad swoim życiem. Pech chciał, że z tego pięknego stanu wyrwał mnie smród spalonego naleśnika, i zamiast rozkoszować się piękną, akustyczną solówką w Change The World, musiałem skupić się na zdrapaniu zwęglonego placka z patelni i ponownym wlaniu na nią ciasta.
Gdy sytuacja w gastronomicznej części kuchni została opanowana, na Spotify, po serii reklam końskiego antyperspirantu i Wyższej Szkoły Robienia Hałasu, przyszedł czas na piosenkę Riding With The King. Jak sama nazwa wskazuje, utwór okazał się być prawdziwą jazdą w iście królewskim stylu, bowiem duet Claptona i samego B.B. Kinga można chyba zaliczyć jako nienajgorszą kolaborację. Pięknie mruczące gitary, ślicznie brzmiące klawisze, mocno pukająca perkusja i człowiek zaczyna rozumieć o czym myślała Whitney Houston wykonując Simply The Best. Nieco na uspokojenie, pod koniec pierwszej części wydawnictwa otrzymałem piosenkę rodem z dyskografii Boba Marley’a, czyli Revolution. Luźny klimat reggae to było to, co było potrzebne na zakończenie tak ułożonego krążka. Ja też, po takiej dawce majstersztyku w czystej postaci, potrzebowałem chwili wytchnienia, aby móc przeanalizować to, co właśnie usłyszałem. A nic tak mnie bardziej nie uspokaja, jak bieganie, toteż wskoczyłem w buty biegowe i ruszyłem przed siebie.
PS. Reszta naleśników jakimś cudem nie spłonęła.
Po powrocie wziąłem tylko szybki łyk wody, szybki prysznic i szybko zabrałem się za część ‘live’ wydawnictwa. Całość rozpoczęła się dość żywo piosenką Badge, więc liczyłem, że całość będzie utrzymana w podobnej stylistyce. Niestety zawiodłem się już wraz z rozpoczęciem trzeciego utworu, czyli White Room. A tak właściwie, to już w trakcie wydłużającego się w nieskończoność Sunshine of Your Love. Cała nadzieja runęła ostatecznie przy klimatycznym Wonderful Tonight, tak więc przeszedłem w tryb chill i ponownie ruszyłem do kuchni, aby przygotować sobie posiłek regeneracyjny. Wtem przeszedł mnie dreszcz. Usłyszałem jeden z najsłynniejszych riffów gitarowych w dziejach muzyki i wiedziałem, że w tym momencie nic innego się nie liczy – Layla w wersji unplugged! Świat stanął w miejscu, zamknąłem oczy i przeniosłem się na kameralną salę w jednym z amerykańskich miast, gdzie garstka ludzi siedząca przy stolikach w skupieniu oddaje się słuchaniu Claptona wyprawiającego cuda ze swoją gitarą akustyczną. Po takim przeżyciu nie mogłem skupić się na niczym, co być może usprawiedliwia nieco to, że reszta płyty zmyła mi się w jedną, genialną całość, z które nie mogę wyróżnić żadnego utworu.
No… może poza Them Changes, gdyż bardzo spodobała mi się energia wokalu Steve’a Winwooda.
Po takiej dawce grania na najwyższym poziomie byłem już o krok od muzycznego raju, dlatego też żeby nie było zbyt dobrze (a może co gorsza aby nie spaść z wysokiego konia wprost na ziemię), postanowiłem przenieść odsłuchanie części trzeciej na niedzielny poranek. To była dobra decyzja, bowiem nie przepadam za bluesem, a CD numer 3 zatytułowane jest właśnie Blues. No i niestety z tej części mało co zapadło mi w pamięć, bowiem przy okazji słuchania tego fragmentu płyty zajmowałem się takimi sprawami jak sprzątanie czy zmywanie, co wprawdzie nie przeszkadzało mi na doskonały odbiór krążka, jednak pomogło mi nieco w ujednoliceniu całości i zlaniu niejako do rozmiarów jednego, mega długiego numeru. Nie znaczy to jednak, że Blues jest najsłabszą odsłoną Forever Man. Po prostu nie jest to odsłona dla mnie, gdyż nie czuję się komfortowo słuchając tego gatunku muzycznego.
Na koniec kilka słów dygresji odnośnie całokształtu. Nie jestem zwolennikiem wydawanie albumów ‘The Best of’, gdyż jest to swego rodzaju próba ponownego wybicia się na szczyt, czasami zarobienia kilku dodatkowych dolarów tudzież dodatkowej sławy. Sam bardzo często słucham jednak takich płyt, bo gdy chcę poznać jakiegoś artystę/zespół mającego na koncie pierdyriald wydawnictw solowych plus drugie tyle w kolaboracji, jest to najlepszy sposób na wyciągnięcie kwintesencji twórczości ów człowieka/grupy muzyków. W przypadku Erica Claptona, ta sztuka się udała, bowiem Forever Man jest naprawdę dobrym, spójnym i przemyślanym krążkiem (no dobra – trzema krążkami). Myślę, że wszelkie kwestie oceny tekstów, strony muzycznej czy teledysków można sobie podarować, z racji miliona takich ocen poszczególnych piosenek w przeszłości, dlatego ograniczę się do oceny ogólnej, która jest w tym przypadku odzwierciedleniem wieloletniej aktywności Claptona – za to ogromny szacunek!


