Justyna Steczkowska wystąpiła w Centrum Kultury Dwór Artusa, relacja Łukasza Jaćkiewicza

Centrum Kultury Dwór Artusa w Toruniu to miejsce wyjątkowe. To tu swoje koncerty mają najważniejsi artyści przez duże A w naszym mieście i to tu każdy koncert zostaje praktycznie wyprzedany. W sobotni wieczór gościliśmy Justynę Steczkowską, która od pierwszych dźwięków sprawiła, że mieliśmy ciarki na całym ciele.

Organizacja na wielki plus

Byłem już w wielu klubach muzycznych, uczestniczyłem w wielu koncertach. Nigdy jednak organizacja koncertu nie była tak dobra. Zazwyczaj jako dziennikarz akredytowany zostaję wpisany na listę gości bądź listę medialną. Przed wejściem na ten koncert jednak odebrałem w kasie specjalne zaproszenie. Mała rzecz, a cieszy. Na plus zasługuje także obsługa, każdemu gościowi pokazywane jest jego miejsce na sali wedle zakupionego biletu. Dzięki temu nie występuje tu chaos i zamieszanie, a każdy uczestnik koncertu czuje się wyjątkowo. Nie musi długo szukać właściwego miejsca i tym samym może spokojnie czekać na występ.

Magiczny głos, charyzma duszy

Jeśli ktoś zadałby mi pytanie o to, która polska wokalistka ma najlepszy głos, z pewnością wahałbym się między Justyną, a Edytą Górniak. Po chwili jednak doszedłbym do wniosku, że nie można porównywać do siebie tych wokali. Głos Justyny jest wielki, wokalistka emanuje czterema oktawami, dzięki czemu każda piosenka uzyskuje niepowtarzalną charyzmę. Podczas koncertu udowodniła nam to śpiewając ballady miękkim i barwnym wokalem, który pieścił nasze uszy. Swój głos prezentowała w energetycznych melodiach, prezentując wielkie możliwości głosowe. Czasami stawała się istnym wampem, kiedy ze swoich płuc wydawała dźwięki, które pospolity człowiek nie jest w stanie wydobyć. Intrygowała mnie, pieściła moje ucho co chwilę…

Dojrzały spektakl

Justyna nie tańczy na scenie kankana, nie wywija pajacyków i nie robi niczego na siłę. Jej koncert jednak można nazwać spektaklem, sztuką dusz. Wokalistka każdy utwór śpiewa z całego serca, ani przez chwilę nie poczułem sztuczności. Żaden utwór nie został odśpiewany, dba o ogólny wizerunek. Na wielki plus zasługuje gra świateł, która można nazwać spektaklem. Wnosi ona istotę tajemniczości, podkreśla jej wyjątkowość. Wokalistka ma bardzo zgrany zespół, wręcz doskonale brzmiący. Są bardzo spójni i dźwięczni, daje się tu wyczuć atmosferę rodzinną. I to nie tylko dlatego, że w zespole grają siostra i brat wokalistki.

Ikona

Ktoś kiedyś powiedział, że artysta wchodzący na scenę w zwykłych ubraniach nie oddaje szacunku odbiorcom. Taki niuans sprawia jednak, że czujemy pewny niedosyt. Justyna jednak dba o to. Wokalistka łącznie przebierała się sześciokrotnie! Nie były to jednak zwykłe kreacje, były to ubiory przygotowane specjalnie na okazję koncertów. Na szczególną uwagę zasługuje złota, cekinowa, mieniąca się suknia do ziemi, w której rozpoczęła koncert. Doskonale uwydatniła ona wszystkie atuty figury wokalistki, a trzeba przyznać że jest ona doskonała. Justyna prezentowała nam się także w czerwonym kombinezonie z długim trenem, czarnej i upiornej kreacji która przypominała mi strój z najlepszych teatrów muzycznych czy operetkowych na świecie, pięknej, długiej czarnej sukni czy w zestawie, który widzimy na okładce płyty Anima. Ostatni wymieniony look wyglądał niesamowicie – skrzydła były bardzo unikatowe, brawa dla projektantki.

Best off, tyle hitów!

Koncert podzielony był na dwie części. W pierwszej z nich usłyszeliśmy największe piosenki wokalistki, które prezentowała nam z okazji XX-lecia swojej i które w większości znalazły się na dwupłytowym wydawnictwie XV. Jeśli przeanalizujemy jej karierę, z pewnością przypomnimy sobie wiele piosenek. Justyna zaśpiewała więc standardowe przeboje – Oko za oko, słowo za słowo, Za karę czy Dziewczynę Szamana. Nie zapomniała o Boskim Buenos (Buenos Aires), które utorowało jej drogę do kariery i które wszyscy z wokalistką śpiewaliśmy. Miłym akcentem było wykonanie piosenki Wrogu Mój, którą napisał dla niej niezapomniany Grzegorz Ciechowski. Justyna podzieliła się także refleksjami, że dopiero teraz zrozumiała sens tej piosenki i że to my sami jesteśmy dla siebie największymi wrogami. Pośród widowni siedziała żona Grzegorza, Anna, dosłownie trzy miejsca ode mnie… Nie zabrakło Sanktuarium, opowiadającego o rodzicach i osobiście mojej ulubionej piosence, przy której zawsze mam dreszcze; Stu policjantów czy wyjątkowego Wracam do domu.

Osobista Anima

W drugiej części zaprezentowane zostały piosenki z ostatniej płyty Animy (jeśli nie liczymy projektu Maria Magdalena). Była to bardziej stonowana część koncertu. . Na scenie zabrzmiał oczywiście singiel Terra, który z każdym dźwiękiem wydaje się co raz bardziej tajemniczy i co raz bardziej piękniejszy. Usłyszeliśmy lekkie Leć, w którym świetnie brzmiał akordeon, a także To co jest Ci dane, Szachmistrz i Nie jestem tym kim byłam. To zdecydowanie najbardziej osobista płyta, sama wokalistka podkreślała że jest to część jej samej i prawdopodobnie więcej nie zdecyduje się na takie odsłonienie swojej duszy. Warto dodać, że był to ostatni jej koncert w ramach promocji tej płyty, na jesieni bowiem ma się ukazać nowy album i koncerty będą właśnie go promowały.

Bis, dwa bisy!

Czym byłby koncert bez bisu? Na to pytanie odpowiedzcie sobie sami. Justyna zaserwowała nam aż dwa utwory. Nie były to jednak zwykłe utwory, a kompozycje z najwyższej półki. Na sam początek wokalistka zaprezentowała się w słynnym Grande Valse Brillante, który przed kilkoma dekadami śpiewała wielka Ewa Demarczyk. Justyna jest chyba jedyną wokalistką, która nie skrzywdziła tej piosenki, a dodała jej swojej energii i charyzmy. Drugim utworem był motyw z filmu Dziewiąte Wrota Romana Polańskiego, w którym po raz kolejny pokazała nam swoje nieziemskie walory głosowe, tym razem w wydźwięku lekko operowym.

Koncerty Justyny to niezwykłe widowisko. Jeśli ktoś kiedyś wahał się czy pójść na jej koncert, powinien porzucić je i kupić bilet. Na pewno się nie zawiedzie. To uczta dla duszy i ciała, to spektakl zawierający dobrą wysublimowaną muzykę dla wymagającego słuchacza.

Fot. Piotr Michalak

Wspominamy sobotni koncert. To była uczta dla ucha i oka. Mała namiastka na zdjęciach Roberta…

Posted by Centrum Kultury Dwór Artusa on 31 maja 2015

Czytaj również