Przepadł jak kamień w wodę. Felieton Kuby Koziołkiewicza

Pamiętam, że kiedy pierwszy raz czytałem tę historię, nie mogłem w nią uwierzyć. Była dla mnie kompletnie zaskakująca. Przecież kryminalistyka z dekady na dekadę robi ogromne postępy, a policyjni śledczy potrafią na podstawie odrobiny błota na podeszwie buta odszukać ciało osoby na drugim końcu kraju. Przepadły jak kamień w wodę! – ile ja razy wykrzykiwałem te słowa, gdy nie mogłem odnaleźć kluczy do mieszkania, czy też notatek na zajęcia. Lecz po bardziej intensywnym poszukiwaniu, wymienione rzeczy udawało mi się bezproblemowo odnaleźć.

Tak się, niestety, nigdy nie stało w przypadku Richeya Edwardsa, gitarzysty rockowej grupy Manic Street Preachers. Muzyk 1 lutego 1995 roku wymeldował się z londyńskiego hotelu i… przepadł. Jak kamień w wodę. Dosłownie.

Gdybyście teraz szybko wpisali frazę Richey Edwards w Google, to na wielu zdjęciach ukazałby się Wam jakoby prototyp przedstawiciela subkultury emo. Czarny eyeliner, ciemna grzywka przysłaniająca oczy, przedramię „ozdobione” bliznami po cięciu żyletką – to wszystko było elementem wizerunku muzyka. Kiedy tnę swoją skórę czuje się o wiele lepiej. Wszystkie te bzdury, które zaprzątały moją głowę, wydają się być trywialne w porównaniu z bólem – cytat ten idealnie odzwierciedla osobowość muzyka i emocje, jakie poruszały jego umysł. Z jednej strony był tajemniczy, z drugiej bardzo otwarty. W czasie niektórych wywiadów potrafił siedzieć i się kompletnie nie odzywać, by w podczas kolejnego szczerze się uśmiechać i sypać błyskotliwymi odpowiedziami jak z rękawa.

Richey był autorem tekstów swojego zespołu. Okazywały się one mini wierszami, poruszającymi tematykę, po którą inni muzyczni tekściarze nie sięgali. Mi osobiście ciężko zrozumieć i polubić ich twórczość, ale nie mogę zaprzeczyć temu, że w latach 90. w sposób znaczący zaistnieli na brytyjskiej i światowej scenie rockowej, a ogromny wpływ na to miał właśnie Edwards. Wielu krytyków nie nazywało go „autorem tekstów” tylko „poetą”.

1 lutego 1995 roku Richey wymeldował się z hotelu Embasy na Bayswater Road w Londynie. Wsiadł do swojego samochodu i odjechał. W pierwotnych planach miał udać się wraz z Jamesem Bradfieldem – wokalistą i gitarzystą zespołu – do Stanów Zjednoczonych w celu promocji ich ówczesnego najnowszego albumu The Holy Bible (1994). Edwards, nie mówiąc o tym nikomu, postanowił jednak udać się samochodem do swojej rodzinnej Walii. Nigdy tam nie dotarł. Ostatni raz widziany był 14 lutego niedaleko mostu nad rzeką Severn – niesławnego miejsca samobójstw. Po trzech dniach policja odnalazła auto muzyka, a w związku z okolicznościami, uznała, że gitarzysta Manic Street Preachers odebrał sobie życie. Lecz tezę tę jest banalnie łatwo podważyć. Przecież do dziś nie odnaleziono ciała Edwardsa, a on sam nie napisał żadnego listu pożegnalnego. To sprawia, że kwestia jego śmierci jest wielce enigmatyczna.

Jak to często bywa w tego typu przypadkach, wiele osób zgłaszało w późniejszych latach na policję, że widziało Richeya Edwardsa – a to w sklepie, a to w parku. Niestety, wszystkie informacje okazywały się nieprawdziwe. Jednak rodzice Richeya głęboko wierzyli w to, że ich syn rzeczywiście żyje. W końcu fakt, że jego ciało nie zostało odnalezione, działało zdecydowanie na ich korzyść. Już w 2002 roku zgodnie z prawem mogli oni uznać go za zmarłego, jednak nie zdecydowali się na ten krok. Zrobili to dopiero w 2008 roku, gdy od zaginięcia Edwardsa minęło już 13 lat, a szanse na pozytywne rozwiązanie sprawy były niemalże zerowe. Jego kwestie finansowe musiały zostać wyjaśnione i zaakceptowane. Nie znaczy to jednak, że zaakceptowano jego śmierć – komentował prawnik rodziny. Po ogłoszeniu tego smutnego werdyktu, na jaw wyszła wielka klasa i profesjonalizm reszty składu Manic Street Preachers. Okazało się, że przez te wszystkie lata, od momentu zaginięcia Richey’a, przesyłali oni na jego konto pieniądze w związku z działalnością zespołu, tzn. z tytułu tantiem, itp. Mimo, że najprawdopodobniej czuli, że ich kolega nie żyje, nie zaczęli dzielić zysków na trzech. Gdy muzyk został uznany za zmarłego, rodzina uzyskała dostęp do jego konta bankowego. Jakież było ich zdziwienie, gdy okazało się, że w sumie grupa od 1995 roku przelała na nie prawie 400 tysięcy funtów. Szacun.

Kwestia samobójstwa Edwardsa budzi emocje praktycznie do dziś. Niecałe dwa miesiące temu na łamach brytyjskiego brukowca The Sun siostra Edwardsa przekonywała, że jej brat może nadal żyć. Argumentowała to licznymi błędami policjantów, które popełnili w czasie procesu poszukiwania muzyka. Jaka jest prawda? Pojadę teraz frazesem: tego nie dowiemy się pewnie nigdy.

Chyba, że sprawą zająłby się Horatio Caine.

Czytaj również