Wrócili odmienieni. I to tak bardzo, że słuchając dwóch pierwszych singli zwiastujących nowe wydawnictwo zastanawiałam się, co ich skłoniło do podjęcia aż tak drastycznych kroków. A potem po wysłuchaniu całego krążka zrozumiałam. Ich zmiana to był naturalny proces rozwoju. Rozwoju, który przyniósł nam, słuchaczom, album po brzegi obładowany hitami. Przed wami Youngblood od 5 Seconds of Summer.
5 Seconds of Summer to australijski zespół pop-rockowy, w skład którego wchodzi czterech muzyków: Luke Hemmings (wokal, gitara), Calum Hood (bas), Ashton Irwin (perkusja) oraz Michael Clifford (gitara). Szerokiej publiczności dali się poznać za sprawą piosenki She Looks So Perfect, która swego czasu była wręcz globalnym hitem. Panowie na swoim koncie mają już trzy krążki studyjne, w tym najnowszy Youngblood, który swoją premierę miał 15 czerwca. W Polsce na sklepowe półki trafił dzięki wytwórni Universal Music Poland.
To od czego warto zacząć, to stwierdzenie faktu: członkowie 5 Seconds of Summer nie są już nastolatkami. To widać, a co najważniejsze… słychać. Nowy album tego australijskiego zespołu dowodzi tylko, że muzyka dojrzewa wraz z artystą. I tutaj mamy tego idealne potwierdzenie w postaci trzynastu niezwykle dojrzałych i przemyślanych piosenek.
Album otwiera tytułowe Youngblood, które jest również wspomnianym singlem promującym. Jego najważniejszym punktem jest refren, od którego trudno się oderwać. Zdecydowanie popowy, z nutą elektroniki, czyli zupełnie coś innego niż do tej pory serwowało nam 5SOS. Słodka i jakże urocza piosenka Valentine to kolejny eksperyment. Trzeba przyznać, że Panowie zaszaleli tu z koncepcją, jednak nic nie jest przesadzone. Spokojniejsza z wyrazistymi zwrotkami. Cała melodia do bólu zapamiętywalna i błyskawicznie wpada w ucho.
Najmocniejszym punktem albumu są piosenki dynamiczne, utrzymane w stylistyce rockowej, z dużym pazurem, idealne do dzikiego tańca na parkiecie. Bezapelacyjnie najlepszym numerem na płycie jest kawałek More z bardzo charakterystycznym riffem i mocnym refrenem. Później przechodzimy do utworu If Walls Could Talk – bardzo taneczna, idealna do klubu. To samo z Moving Along, która pomimo wolniejszych rytmów nadal uderza zadziornym refrenem. Dorzucić do tej grupy warto także utwór Better Man, czyli 5SOS w wydaniu z lekka przypominającym coś na kształt reggae. Przyjemna w odbiorze, z bardzo ciekawą melodią.
Na płycie nie brakuje także piosenek spokojnych. Panowie udowodnili, że ballady nie są im straszne. I tak na Youngblood znalazł się utwór Ghost of You. Podczas słuchania ciarki gwarantowane, a na ogromną uwagę zasługuje Luke i jego niesamowity wokal. Why Won’t You Love Me to kolejna spokojniejsza propozycja, na której nie zabrakło jednak mocniejszego rytmu.
Nierówny podział
Słuchając Youngblood niejednokrotnie odnosiłam wrażenie, że Panowie podzielili się śpiewaniem pewnych partii dość… specyficznie. Jak wiadomo każdy z nich udziela się wokalnie, więc nic dziwnego, że na najnowszej płycie też tak jest. W niektórych piosenkach ich głosy są niespecjalnie dobrze wokalnie dobrane (np. Calum w If Walls Could Talk czy Michael w Empty Wallets), co zaburza odbiór niektórych piosenek. Gdyby tylko postanowili inaczej to rozegrać… To jedyny minus jaki znalazłam.
Teksty? Tylko o miłości!
To co uderza równie mocno jak melodie, to warstwa tekstowa. Generalnie wszystkie teksty opowiadają o różnych aspektach miłości – tej spełnionej, skrzywdzonej, utęsknionej. Panowie zadbali o to, żeby nie były to naiwne nastoletnie słowa. Nie opowiadają nam banalnych historii miłosnych. Słychać w tekstach dojrzałość, pewnego rodzaju refleksję.
Podsumowując, Youngblood to album bardzo ambitny i zrealizowany na najwyższym poziomie. Oprócz drobnych potknięć związanych ze złymi doborami wokalnymi (ale umówmy się, to w sumie nie jest to wielki zarzut, bo ilu słuchaczy tyle opinii), album jest bardzo spójny. Panowie dorośli, a wraz z nimi ich twórczość. Tym razem obrali całkiem inny kierunek, a ryzyko opłaciło się w stu procentach. Dzięki temu mamy do czynienia z płytą przemyślaną, zrobioną z myślą o dalszym rozwoju grupy. I jeśli będą dalej tworzyć tego typu kompozycje, to cały świat stoi przed nimi otworem i nie ma szans, żeby zostali gwiazdą tylko jednego utworu. Brawo Panowie!
