10 marca w muzyce. Kalendarium All About Music

W dzisiejszym repertuarze: rocznica nagrania najbardziej wyciszonego utworu w historii muzyki; o pewnej piosence, która przetrwała 3 tygodnie na szczytach list;  wspomnienie przyjęcia słynnego barda do Rock & Roll Hall of Fame.

1964

 The Sounds Of Silence, czyli jeden z najpiękniejszych duetów, traktujący o ludzkiej ułomności i nieumiejętności porozumiewania się między sobą. Nie wiele osób wie jednak, jak dany numer powstał, a raczej w jaki sposób stał się przebojem. Dzisiaj obchodzimy 54 rocznicę nagrania omawianej piosenki …  w wersji akustycznej. Paul, Art i gitara –  nic po za tym. Ballada w swojej pierwotnej formie ukazała się na debiutanckim krążku duetu Wednesday Morning, 3 AM, ale wówczas singiel przeszedł bez echa. Sam album został bardzo chłodno przyjęty przez publikę. Debiut okazał się ‘klapą’, ale nie wpłynęło to na dalsze losy The Sounds Of Silence. Kilka miesięcy później światło dzienne ujrzał tzw. ‘remix’ utworu. Za sprawą Tom’a Wilson’a, który namówił muzyków z zespołu Bob’a Dylan’a, do urozmaicenia numeru brzmieniem gitary elektrycznej i miarowymi dźwiękami perkusji. Wytwórnia Columbia wydała singiel w nowej oprawie i właśnie w takiej formie The Sounds Of Silence zdobyło rozgłos, jeszcze przed tym jak Paul, czy Art zdążyli go usłyszeć. Na koniec zachęcam do zapoznania się z oryginalną wersją, jeśli jeszcze nie mieliście szansy jej usłyszeć, a nawet jeśli ją znacie to warto posłuchać jej po raz kolejny i na chwilę się wyciszyć.

1979

 Zmieniamy teraz kurs i przechodzimy do kompletnie innego gatunku, czyli do disco! Spokojnie, do tego klasycznego, sympatycznego, który każdy miło wspomina. I Will Survive to ogromny hit Glorii Gaynor, którym artystka 39 lat temu wspięła się na szczyty notowań w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Piosenkarka od tego dnia przez kolejne 3 tygodnie nie ustępowała nikomu pierwszego miejsca. Upamiętnijmy zwycięstwo Glorii, przy okazji świętując to, że przeżyliśmy kolejny tydzień, wskoczmy wesoło na parkiet i dajmy się ponieść temu przyjemnemu beat’owi!

2008

Tak zgrabnie dobrnęliśmy do najbardziej wzruszającego (według mnie) wydarzenia z dzisiejszej stawki, a mianowicie: włączenia Leonard’a Cohen’a do Rock & Roll Hall of Fame. Wydarzenie miało miejsce 10 lat temu, a samego artystę zapowiedział swoją przemową Lou Reed. Kwintesencją przemowy gitarzysty było zdanie: We’re so lucky to be alive at the same time Leonard Cohen is. Wprost nie można nie zgodzić się z tym stwierdzeniem. Leonard Cohen swą twórczością, nacechowaną wrażliwością, obserwacją, enigmatycznością, podbił serca publiczności na całym świecie, a mimo swej sławy do końca życia pozostał pokornym twórcą i wzorowym gentleman’em. Jego przemowa ‘akceptacyjna’ po nadanym mu wyróżnieniu, stanowi potwierdzenie jego skromnej natury. Już na początku szczerze dziękuje za tę nobilitację, o której nie marzył nawet w najśmielszych snach. Dodatkowo wspomina też wypowiedź jednego z członków gremium, wybierającego nazwiska do Rock & Roll Hall of Fame. Cohen parafrazuje słowa Jon’a Landau, który na początku lat 70-tych powiedział: I have seen the future of rock’n’roll, and it is not Leonard Cohen, dając kolejny przykład temu, jak zdystansowany jest do całego kultu wokół jego osoby. Następnie w charakterystyczny dla siebie sposób, recytuje fragmenty Tower Of Song , będącego zapisem wszelkich rozterek barda, związanych z jego wewnętrznym poczuciem obowiązku i powołaniem do pisania piosenek. Muzyk fenomenalnie przekazał wszystkim zebranym, jak naprawdę czuje się względem tego wyróżnienia i swojej ‘legendy’. Uważam, że Leonard Cohen był jedynym artystą, który wobec tak wielkiego rozgłosu, pozostał wierny sobie i określonym wartościom. Gorąco zachęcam Was do obejrzenia tego poruszającego wprowadzenia do Rock & Roll Hall of Fame, dodatkowo wzbogaconego przez występ Damien’a Rice’a, który zaśpiewał najpopularniejszą balladę Cohen’a – Hallelujah.

Czytaj również