Właśnie ukazała się płyta, której premiera należała do jednej z najbardziej wyczekiwanych w tym roku. Zespołu, który w historii muzyki rozrywkowej wciąż dopisuje kolejne rozdziały, nadal na własnych zasadach.


Premiera singla –  You’re the Best Thing About Me, naszkicowała mi obraz Songs of Experience jako płyty tworzonej w dużej mierze pod oczekiwania mainstreamu. Rzeczywiście, trochę taka jest, choć w mniejszym stopniu niż to sobie wyobrażałam. Bo miejsca na solowe wariacje The Edge’a jakby za mało, ale kiedy już się naprawdę pojawiają, brzmią znakomicie. Songs of Experience to także bardzo dobrze wyprodukowane wydawnictwo – od spokojniejszych kompozycji jak Landlady, Summer of Love czy Lights of Home po te bardziej żywiołowe jak American Soul czy The Blackout. Tym, co również należy podkreślić, jest niesłabnący na sile i mocy oddziaływania głos Bono, choć nad zasadnością użycia auto-tune’a („Cher effect”) w Love Is All We Have Left można dyskutować.

Z racji tego, że część materiału na tę płytę powstawał równolegle z płytą Songs of Innocence, to tę kontynuację na Songs of Experience w pewnej mierze słychać. Nie tylko w bezpośrednich „cytowaniach” poprzedniego albumu, co wyraźnie daje o sobie znać w American Soul (wyimek z Volcano) czy fragment Song for Someone w 13 (There is a Light), ale i w bardzo podobnej stylistyce miejscami oscylującej na Songs of Experience wokół elektroniki jak w Lights of Home, The Blackout czy Love Is Bigger Than Anything In It’s Way.

Po gigantach pokroju U2 mimowolnie oczekuje się rzeczy wielkich czy ponadczasowych, ale niewiele osób podsuwających Irlandczykom poprzeczkę coraz wyżej zwraca uwagę na fakt, że oni sami najprawdopodobniej zaakceptowali siebie z dziś, z teraz i świadomość, że w konkurencji z samymi sobą z przeszłości w tym skoku wzwyż nie mają zbyt wielu szans. Na tym polu zrobili już swoje, ale nie odcinają kuponów. Bez „The Best of…” czy „U2 symfonicznie”. Po prostu wciąż tworzą dobre, choć nie przełomowe, albumy. Wielu w ferworze często rzucanych na oślep ocen umyka też to, że ci czterej Irlandczycy nie są już tymi samymi ludźmi.

W tym przypadku nawet nie potrzeba porównań do treści płyt tak odległych jak The Joshua Tree, War czy jakiejkolwiek innej. Wystarczy wydany trzy lata temu album Songs of Innocence. Mierzenie się z duchami przeszłości, wskrzeszanie młodzieńczego buntu składają się na rysopis U2 z 2014 roku. A dziś? Dziś przynosi nowe… doświadczenia właśnie i wynikające z nich przemyślenia z gatunku tych gorzkich, nieraz ostatecznych jak w Lights of Home. I, co być może najważniejsze, nie jest to kolejna w tym roku płyta koncentrująca się wokół polityczno-społecznych problemów. Te oczywiście się pojawiają (Red Flag Day czy Summer of Love), ale bez nadużyć. Jest też miłość. A kiedy śpiewa o niej Bono – nawet w tak średniej kompozycji jaką jest You’re the Best Thing About Me – to po prostu mu się wierzy. Ja wierzę.

Ta płyta ma tylu zwolenników, co przeciwników, wysuwa tyle argumentów „za”, co „przeciw” sobie. Ja jestem gdzieś pośrodku, raczej z tendencją „za”.  Bo każdy z nas ma swoje U2. Tych kilka niezwykle szczegółowych kadrów, kilka dźwięków i fraz, które składają się na klaser zdarzeń. I nawet jeśli Songs of Experience już jako kolejny album nie mieści się w rejestrze tych największych płyt Irlandczyków, to dla każdego, kto się z nią zetknie, będzie czymś innym. Czymś, czego nie zmierzą słupki sprzedaży czy liczba gwiazdek w recenzji.

Dla tych, którzy z seansu „U2” wychodzą (albo może już wyszli kilka płyt wstecz) przed końcem, pozostają płyty sprzed lat, bo U2 to formacja, w której zawsze jest do czego wracać. Songs of Experience, poza oczywistymi przekazami wynikającymi z treści tekstów i dźwięków, wysyła także inny ważny komunikat: „Jesteśmy”, bo – być może – to właśnie jeden z ostatnich kadrów tej trwającej od ponad czterech dekad projekcji.