Dział Publicystyka Foo Fighters wystąpili w krakowskiej Tauron Arenie. Relacja Kuby Koziołkiewicza

Foo Fighters wystąpili w krakowskiej Tauron Arenie. Relacja Kuby Koziołkiewicza

Chwilę po godzinie 19 na estradę wkroczyli, a właściwie wbiegli, Trombone Shorty i towarzyszący mu muzycy z Orleans Avenue. Zaczęli od odegrania instrumentalnej kompozycji, która delikatnie rozgrzała wciąż zbierającą się w hali publikę. Twórczość artysty sklasyfikowałbym jako The Roots z większą dozą rock and rolla. W dalszej części nieco ponad 40. minutowego koncertu Trombone odegrał jeszcze m.in. bardzo ciepło przyjęty przez widownię cover piosenki Green Daya Brain Stew. Czarnoskóry muzyk okazał się miłym i sympatycznym facetem. Nawiązywał kontakt z publicznością, tańczył, skakał, dyrygował swoimi kolegami. Widać, że występ ten sprawił mu dużo przyjemności. Popisał się nie tylko wspaniałą grą na trąbce (w pewnym momencie zagrał solówkę na tzw. bezdechu, która trwała, nie chcę skłamać, ale na pewno ponad dwie minuty), ale również interesującą i ciepłą barwą wokalną. Zresztą nie tylko on emanował energią na scenie – grający na basie Michael Ballard też nie odstawał od swojego kompana. A że daleko mu do figury Ryana Goslinga, w swoich tanecznych ruchach wyglądał naprawdę uroczo.

Gdy Trombone Shorty i Orleans Avenue zeszli z estrady, ta została osłonięta wielką kurtyną z logiem Foo Fighters, znanym z okładki ich płyty z największymi hitami. Około godziny 20:30 puszczane z taśmy rockowe kompozycje ucichły, a z umieszczonych po bokach głośników usłyszeliśmy okrzyk Dave’a Grohla: Are you ready? Amerykanie zaczęli odgrywać swój koncert moim ulubionym kawałkiem Everlong. Fajne było to, że kurtyna opadła dopiero w momencie rozwinięcia kompozycji. Gdy wielka czarna płachta pofrunęła do góry, oczyma wyobraźni widziałem lidera zespołu, który z prędkością Usaina Bolta wbiega na wybieg, by powitać się z publiką. Jakież było moje zaskoczenie, gdy zamiast tego zobaczyłem Dave’a siedzącego na swoim królewskim tronie. Oczywiście wiedziałem, że Grohl w czerwcu tego roku złamał nogę w trakcie koncertu w Szwecji, ale nie spodziewałem się, że w listopadzie nadal nie będzie mógł swobodnie poruszać się na własnych nogach po scenie. Po kilku sekundach delikatnego zszokowania ochłonąłem i skupiłem się na tym, co działo się przed moimi oczami. Widok ten sprawił, że zrobiło mi się ciepło na sercu. Lider Foo Fighters z energią pięciolatka z ADHD wydobywał riffy ze swojej gitary i wiercił się na swoim siedzisku niczym szczeniaczek mopsa. Fani Foo Fighters wiedzą, że Dave jest na scenie wulkanem energii i nie trudno było zauważyć, że ten kawał plastiku na prawej nodze bardzo muzyka ograniczał. W środkowej części utworu Dave wraz ze swoim tronem przejechał na wspomniany wybieg i w tej lokalizacji dokończył piosenkę. W trakcie całego koncertu manewr ten był wielokrotnie wykonywany.

Gdy ze sceny wybrzmiały pierwsze akordy Learn To Fly, w górę pofrunęły papierowe samolociki wykonane z kartek, które rozdane zostały wśród widowni przed wejściem na teren imprezy. Pomysł ten okazał się bardzo uroczy i nie umknął uwadze Grohla, który zauważywszy latające „maszyny” szeroko się uśmiechnął. W pierwszej części Foo Fighters zagrali jeszcze m.in. pochodzące z najnowszego albumu Sonic Highways Something From Nothing, trochę bardziej rozbudowaną, a wręcz progresywną, wersję The Pretender, czy też My Hero. W sumie wykonali ponad 15 autorskich kompozycji (w tym kilka coverów, np. In the Flesh? Pink Floyd), które okazały się przekrojem ich wszystkich studyjnych krążków.

Mniej więcej w połowie show Dave postanowił przedstawić cały skład zespołu i na kilkanaście minut występ przemienił się w bardzo spontaniczne spotkanie, w trakcie którego każdy członek Foo Fighters miał swój moment na swoiste przedstawienie się krakowskiej widowni. Mi najbardziej spodobał się Chris Shiflett, który popisał się zagraniem połowy arcytrudnego Eruption Van Halena (jego kadr na umiejscowionych za sceną ekranach pokrywała grafika znajdująca się na najsłynniejszej czerwono-czarno-białej gitarze Eddiego van Halena) oraz Taylor Hawkins, który w bezrękawniku z logiem prog rockowej grupy Yes wcielił się we rolę Freddiego Mercurego i identycznie jak on, w czasie koncertów z lat 80., integrował się z publicznością słynnym okrzykiem tero.

Druga część koncertu skupiła się bardziej na odgrywaniu po kolei następnych kompozycji, aniżeli rozmowach ze słuchaczami. Foo Fighters wykonali m.in. White Limo, mega energetyczne All My Life, nieco jazzową wersję Skin and Bones, czy też bardzo lubiane przez fanów These Days. Po ponad dwóch godzinach grania Dave Grohl wydobył ze swojego niebieskiego Gibsona przepiękne akordy do Best of You i było wiadomo, że po tej piosence Amerykanie pożegnają się widownią.

Jednak relacjonując ten występ nie sposób ominąć wydarzenie, które nastąpiło jeszcze na samym jego początku. Po zagraniu The Pretender lider FF „wjechał” na wybieg i rozpoczął odgrywanie akordów do piosenki Big Me. Lecz nie od razu ją zaśpiewał. Przez chyba 10 minut mieliśmy okazję usłyszeć naprawdę zabawny i szczery monolog Dave’a, który żartobliwie wytłumaczył m.in., dlaczego tak długo polska widownia musiała czekać na ich powrót nad Wisłę (stwierdził, że w 1996 roku, czyli podczas pierwszej wizyty, mieli tylko 12 piosenek i chcieli powrócić, jak już będą mieli szerszy materiał pozwalający na zagranie ponad 2 – godzinnego setu). Tę część wywodu skwitował wymownymi słowami: to głupota, że nie przyjechaliśmy do Polski wcześniej. Następnie nawiązał do sławetnego złamania swojej nogi (cała trasa dzięki temu wydarzeniu została przemianowana na Broken Leg Tour). Stwierdził, że kocha swoją pracę i nie chciał z powodu kontuzji przerywać trwającego tournee. Dodał jednak ironicznie, że nie chciał też występować na jakimś tam krześle, tylko na tronie (by podkreślić komizm sytuacji, Grohl bardzo długo akcentował to słowo). Po chwili wskazał palcem na znajdujące się za nim telebimy i cała sala roześmiała się, gdy ujrzała rysunek Grohla, wedle którego jego siedzisko miało zostać zrobione. Cóż, Dave jest świetnym muzykiem, jednak zdolności malarskich nie posiada żadnych, co ów rysunek potwierdził.

Ta wielominutowa przemowa była czymś, co z tego koncertu będę chyba wspominał najmilej. Potwierdziła to, o czym wiadomo już od bardzo dawna – Dave Grohl to cholernie sympatyczny i uroczy facet, którego nie da się nie lubić. Przez ponad 2 godziny nie potrafiłem oderwać od niego wzroku. Całe show, mimo dosłownie dwóch czy trzech potknięć Taylora na bębnach, oceniłbym na piątkę z dwoma plusami, jednak powrócę do tego, o czym po części pisałem na samym początku – wolałbym zobaczyć Foo Fighters z w pełni zdrowym liderem. Bo wiem, że koncert ten, dzięki jego niesamowitej witalności i ruchowi na scenie, byłby odrobinę lepszy.

Kuba Koziołkiewicz
W swoim życiu posiada 3 pasje: muzykę, sport i film. Niespełniony muzyk, spełniający się w dziennikarstwie muzycznym.

Popularne