Ostatnio zdałem sobie sprawę, że żyjemy w czasach regresu muzyki rockowej. Jak to? Przecież U2 i Bon Jovi wymieniają się co roku laurem najbardziej dochodowych tras, a inne kapele tego gatunku w każde wakacje są headlinerami największych festiwali – odkrzyknie pewnie część z Was. Tak, macie rację.
Poniekąd.
Rzecz w tym, że U2 i Bon Jovi to, choć nie chce się w to wierzyć, kapele leciwe. U2 powstało jeszcze w latach 70., Bon Jovi na początku lat 80. To już ponad trzy, a w przypadku Irlandczyków, cztery dekady. Szmat czasu. Grupy te swoje największe dzieła wydawały jeszcze w latach 90. Teraz jadą głównie na opinii i marce, którą przez te lata sobie wyrobili. Rock, jako gatunek z takimi wspaniałymi tradycjami, stanął w miejscu. A w jego przypadku stanie w miejscu jest cofaniem się do tyłu.
Zerknijmy na czyste fakty. W zestawieniach najlepszych koncertowych zespołów świata zazwyczaj pojawiają się, prócz wspomnianej dwójki, tacy gracze jak Metallica, Coldplay, Motorhead czy Kiss. Najmłodszy z nich – Coldplay – powstał w 1997 roku. Czyli 18 lat temu. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie to dosyć dawno. I tu powoli dochodzimy do argumentacji broniącej moją tezę ze wstępu – muzyka rockowa ciągnięta jest w tym momencie przez gigantów, którzy powstawali 50, 40 i 30 lat temu. Na rynku nie pojawiają się kapele, o których wiadomo, że za 15 lat będą rozchwytywane przez organizatorów wielkich wydarzeń muzycznych. Jakiś czas temu jeden z najbardziej doświadczonych speców od tworzenia festiwali powiedział, że taka forma imprez powoli będzie umierała. Tłumaczył to właśnie brakiem zespołów, które przyciągną kilkadziesiąt tysięcy fanów w jedno miejsce. Ci najwięksi nie grają na festiwalach – tworzą swoje własne, wspaniałe trasy. Ci mniejsi objeżdżają cały świat, będąc jednym z wielu wykonawców danej imprezy.
Gdybym miał wskazać kilka kapel, które po 2000 roku zaistniały na muzycznym rynku i byłyby w stanie udźwignąć ciężar bycia rockowym gigantem to wskazałbym dosłownie kilka nazw – The Killers, Arctic Monkeys, Kings Of Leon, Muse, Thirty Seconds To Mars i… cholera, to by było chyba na tyle? Popatrzcie – w latach 80. zespoły, które dzisiaj znane są całemu światu, pojawiały się jak grzyby po deszczu. Dziś mamy może pięciu przedstawicieli, którzy, przy dobrych wiatrach, dosięgną poziomu takich grup jak Oasis czy Metallica. I to będzie ich maksimum, bo na szczebel Rolling Stonesów, U2 czy AC/DC nie mają nawet najmniejszych szans.
***
Jakiś czas temu zakupiłem sobie gramofon. Starą Unitrę z lat 80. Sprzedający zapewnił mnie, że sprzęt działa bez zarzutu. Oczywiście kłamał. Musiałem wydać kolejne pieniądze na jego naprawę. Gdy już wydawało się, że wszystko jest w najlepszym porządku, Unitra zaczęła wydawać dźwięk przypominający soczyste pierdnięcie. Płyta grała, lecz brzmienie zespołu było zagłuszane przez wspomniane szumy. Dopiero po miesiącu od zakupu udało mi się zlikwidować wszystkie usterki.
Jednak te niedogodności odkupiło mi odsłuchanie płyty winylowej. To brzmienie, te minimalne trzaski, ten klimat. KLIMAT – to jest to, co daje mi gramofon. Nie umywa się przecież do nowoczesnych plików muzycznych, gdzie jedna piosenka zajmuje tyle, co kiedyś cały album. Ale ja nie potrzebuje niesamowitej jakości. Ja potrzebuję klimatu. I ten klimat zdecydowanie dostarcza mi możliwość słuchania muzyki na gramofonie. Polecam to każdemu. Ale jeżeli bardziej niż na muzycznych doznaniach zależy Wam na kasie, to winyle również się do tego nadają.
W zeszłą niedzielę pojechałem z bratem mojej dziewczyny na Car Boot – coś w rodzaju pchlego targu. Ludzie przyjeżdżają tam samochodami i handlują wszystkim, co przywieźli. Pomiędzy grami na Play Station i ubraniami znalazłem też winyle. I to bardzo dużą ilość. Ceny były po prostu śmieszne – za 13 płyt długogrających i 11 singli zapłaciłem 16 funtów. Oczywiście krążki były używane, ale to nie zmienia faktu, że kwoty te cholernie zachęcały do ich zakupu. Płyta za funta? Za niecałe 6 złotych? Raj na ziemi!
Wracając do meritum – po powrocie do domu postanowiłem z ciekawości sprawdzić wartości moich nabytków. Generalnie ich ceny na eBayu były 5, 6 razy większe – niezły zysk. Ale trafiły mi się dwie perełki. Jedną z nich okazał się singiel Imagine Johna Lennnona z 1971 roku. Zapłaciłem za niego 50 pensów (!!!) a jego wartość wynosi 25 funtów (!!!). Podobnie w przypadku drugiej płytki – singla Give In To Me Michaela Jacksona nagranego ze Slashem – wydałem na niego całe 50 pensów, a jego eBayowa cena to 23 funty. 50 + 23= 73. Za funta kupiłem coś wartego 73 funty. To idealny biznes, nad którym zastanowię się po powrocie do Polski.

