Site icon All About Music

Zrobiłam Ci składankę. Felieton

Urodziłam się w roku 1999. Lata dziewięćdziesiąte już się kończyły, nie dając mi szansy na załapanie się na ten kulturowy mix jaskrawych kolorów i chropowatej szarości, ale te kilka miesięcy dawały mi przewagę symboliczną – można udawać że jestem jakkolwiek z lat dziewięćdziesiątych, ostatniej z tych naprawdę cool dekad.

A co było wtedy takiego niesamowitego? Zapytałby kosmita, bo tylko on może tego nie wiedzieć. Jeansy. Subkultury. Courtney Love w jej bufaisto – bezczelnych sukienkiach. Kate Moss i jej nieziemskie, chore piękno. Madonnę i Whitney – obie u szczytu nieśmiertelnych karier. Mariah Carey kiedy była naprawdę niesamowita. Płyty Kurta Cobaina i modę Alexandra McQuina. No i Oasis. Wszyscy, którzy tworzyli wtedy kulturę czynili ją tym cudakiem – pegazem uszytym z patchworku, podszytego dżinsem.

Może byli tam też twórcy nudni, którzy zwyczajnie nie pozostali w przeszłości o najtisach. Ale geniusze tych czasów byli kompletnie niepowtarzalni w swojej bezprecedensowości i bezkompromisowości. Ich kontrowersyjność była jak ich makijaże – wykraczające poza kategorię estetyki i przyzwoitości zwykłych śmiertelników.

Ale ja nie o tym. Oprócz porażająco wspaniałej kultury blichtru, niesamowita wydaje mi się też w tamtym czasie zwykła, codzienna popkultura. Bo flanelowe koszule, podarte jeansy czy nawet kreacje Courtney można było odtworzyć, czy zinterpretować we własny sposób, moda nie polegała – tylko – na wielkich pieniądzach, ale na wielkich pomysłach.

A do tego dziwaczne naszywki, koraliki, zmywalne tatuaże, pokemony, kreskówki na VHS, teledyski w MTV, no i kasety. Teraz wracają i oczywiście kupowanie kaset z muzyką w XXI wieku jest ekstremalnie hipsterskie – no i to droga zabawa.

Ale przede wszystkim nie interesują mnie tak naprawdę albumy nagrane na taśmę. Marzę o dostaniu prawdziwej, nagranej składanki piosenek. W amerykańskich serialach to się nazywa mixtape, a po polsku nie wiem jak się nazywa, bo już nie załapałam się na ten fenomen kulturowy.

Załapałam się za to na inny – na plejlisty. Spotify być może zabił nośniki fizyczne – a może odwrotnie, przywrócił przywiązanie do nich – ale przy okazji dał powszechność słuchania muzyki i właśnie układania z niej opowieści. Takie plejlisty mogą być na wszystko; na okropne przeziębienie, na zwijanie się w kłębek w październiku, na upał, na kawę z papierosem i na kawę bez papierosa. Może nigdy nie dostałam nagranej dla mnie kasety, ale uwielbiam wymieniać się plejlistami – uwielbiam nadawać im nazwy, opisy i zdjęcia. Nie wiem, czy normalna jest ilość, którą ich zgromadziłam, bo właściwie Spotify stał się moim pamiętnikiem – ale czy nie jest nim każda kolekcja muzyki? Chodźcie, pokażę wam plejlistę na tęsknotę za 90sami.

Exit mobile version