
Większość z fanów muzyki bez wytchnienia może wymienić imiona choćby paru wokalistów o innej, niż heteroseksualnej orientacji. Co jednak z wokalistkami społeczności LGTBQ? Te od dobrych dwóch lat, nie tylko co raz chętniej publicznie o tym mówią, ale przede wszystkim ich muzyka zaczyna przebijać się do świadomości zwykłych słuchaczy. Wśród tych zacnych dam znajduje się amerykańska wokalista o pseudonimie Zolita, która miesiąc temu podzieliła się ze światem swoją drugą epką pod tytułem Sappho.
Od czego by tu zacząć… Z pewnością Zolita jest dla mnie jedną z obecnie najbardziej intrygujących wokalistek w całym muzycznym biznesie. To, co ma do powiedzenia za pomocą swych utworów oraz powstałych do nich teledysków, ale też cała jej artystyczna otoczka, bardzo intensywnie działają na moje zmysły. Natomiast co tyczy się jej muzyki, to odnoszę wrażenie, że nie odzwierciedla 100% umiejętności, zarówno tych czysto artystycznych, jak i wokalnych, samej Zolity.
Wszystkie sześć piosenek są… w porządku, ale są tak do siebie podobne, że w istocie żadna z nich nie zapadła mi w pamięć, pomimo kilkukrotnego ich przesłuchania. Sappho zdaje się być muzycznie kompletnie letnie, ani zimne, ani tym bardziej gorące. W moim odczuciu album Zolity, pomimo swojego ewidentnego przesłania, jest w dziwny sposób wyprane z pewnych emocji, które z założenia miały mi zostać dostarczone za jego sprawą. Jestem święcie przekonany, że dzięki Sappho miałem otrzymać przekaz o złożoności damsko-damskich relacji oraz o problemach kobiet w XXI wieku na całym świecie. Jednak zamiast tego dostałem sześć utworów z gatunku trip hop, których treść w istocie jest wyłożony na stół, ale po prostu do mnie nie trafia.
Pomimo takiego spojrzenia na ten krążek, nie śmiem powiedzieć, że jest to album zły, wręcz przeciwnie. Sappho jest dobrze wyprodukowanym krążkiem, który może nie spełnia moich wszystkich oczekiwań, ale napawa mnie pewnym optymizmem w stosunku do przyszłości Zolity w świecie muzyki. Tytułem najbardziej „optymistycznych” utworów mogę wyróżnić Spotless oraz Come Home With Me, które w tej lekko mistycznej muzycznej zupie są najstrawniejszymi kąskami spośród wszystkich jej składników.
Zolita i jej Sappho to stosunkowo przyjemne dwadzieścia dwie minuty muzyki, które ma wszystko, by zostać docenionym przez świat, jednak brakuje mu… „tego czegoś”. Jeśli jesteście ciekawi twórczości tej amerykańskiej wokalistki, to z pewnością ją wam polecam, bo to, że jej muzyka nie dotknęła mnie w stu procentach, nie oznacza, że może nie przypaść wam do gustu.

