Site icon All About Music

„Znalazłem sposób na przekierowanie smutku w muzykę”. Wywiad z Low Roar

Ryan Karazija, występujący pod pseudonimem Low Roar, to prawdziwy obywatel świata. Z pochodzenia pół Latynos, pół Litwin, mieszkał w Stanach Zjednoczonych i Islandii, aby niedawno przeprowadzić się do Polski. Jego solowa twórczość, często porównywana do dokonań Bon Iver czy Sigur Rós, zdobywa coraz większy rozgłos.

Z Ryanem rozmawiamy o podróżach, samotności na scenie i pozytywnej roli stresu, a przede wszystkim o jego albumie ross., który ujrzy światło dzienne już 8 listopada.

Izabela Zadura: Spotykamy się w Warszawie. W jaki sposób jesteś związany z Polską?

Ryan Karazija, Low Roar: Wcześniej mieszkałem w Islandii. Kiedy skończyłem nagrywać swój pierwszy album, mój przyjaciel mieszkający w Polsce pomógł mi zorganizować tutaj pierwszą trasę. To był rok 2014. Bardzo mi się spodobało, zawarłem nowe przyjaźnie. Kiedy zdecydowałem wyprowadzić się z Islandii, ale nie wiedziałem jeszcze dokąd, ktoś zaoferował mi mieszkanie w Warszawie. Tak znalazłem się tutaj.

IZ: Czy uważasz teraz Warszawę za swój dom?

Ryan: To zdecydowanie moja baza. Decydując o przeprowadzce byłem rozdarty między Mexico City a Warszawą. To zabawne, ponieważ moja mama jest Latynoską, a mój ojciec pochodzi z Litwy, nieświadomie wybrałem więc dwa miejsca, które w pewien sposób wiązały się z moim pochodzeniem. Wówczas nawet tak o tym nie myślałem.

IZ: Masz swoje ulubione miejsca w Warszawie?

Ryan: Mam kilka, ale ich nie wymienię. Chciałbym zachować je dla siebie.

IZ: Czy Twoje podróże inspirują muzykę, którą tworzysz?

Ryan: Podświadomie na pewno, tak w przypadku mojego ostatniego singla, Slow Down. Dużo pracuję, a nawet się przepracowuję, dużo także podróżuję, czasem całymi miesiącami. Zwykle mi się to podoba i nawet nie zdaję sobie sprawy, jakie to męczące, aż do momentu, kiedy jest już po wszystkim. Nie piszę o tym świadomie, ale w pewien sposób ujawnia się to w mojej muzyce.

IZ: Ósmego listopada ukaże się Twój nowy album, ross.

Ryan: Na albumie będzie dziesięć utworów. Całość została nagrana w małym, nadmorskim miasteczku Margate w Wielkiej Brytanii. Kiedyś ludzie jeździli tam na wakacje, następnie miasteczko trochę podupadło, aby ostatnimi czasy znowu się ożywić. Mój przyjaciel Mike, który pomagał mi już w pracy nad kilkoma albumami, kupił tam dom. Zorganizował w nim studio i to właśnie tam nagrałem album. Zajęło mi to cztery podejścia: głównie były to czterodniowe sesje, ostatnia trwała dwa dni. Na okładce albumu jest stara fotografia Margate. Jestem słaby w takim opisywaniu – musicie sami posłuchać płyty!

IZ: Twój koncert w Warszawie zaplanowany jest na ten sam dzień, co premiera albumu. Czy to przypadek, czy celowe działanie?

Ryan: Przypadek. Tego samego dnia ukaże się również gra, do której tworzyłem muzykę, ale to również nie było zaplanowane, chociaż nikt w to nie wierzy [śmiech]. Znaliśmy daty koncertów zanim jeszcze poznaliśmy dokładną datę premiery albumu. Wcześniej miał się ukazać pod koniec października.

IZ: Czy mimo to warszawski koncert będzie w jakiś sposób wyjątkowy?

Ryan: To się okaże. Gram na tej trasie zupełnie sam – fortepian, dwie akustyczne gitary, mikrofony, oświetlenie. Zero fajerwerków, playbacku, syntezatorów i tym podobnych. Wszystko będzie naprawdę surowe. Myślę, że to w pewien sposób wyjątkowe.

IZ: Na jakich instrumentach umiesz grać?

Ryan: To zależy. Potrafię przyzwoicie grać na wielu. Nie jestem świetnym pianistą, ponieważ uczyłem się sam, kiedy zamieszkałem w domu, w którym znajdował się fortepian. Podekscytowało mnie to i użyłem tej umiejętności nagrywając poprzedni album. Fortepian przydał się również podczas pracy nad nowym krążkiem. Sam byłem zdziwiony niektórymi akordami, które byłem w stanie zagrać. Kiedy umiesz już grać na fortepianie, instrumenty takie jak dzwonki nie są problemem. Używałem też melotronu. Umiem grać na basie, ale nie jestem świetnym basistą. Wszystkim wydaje się, że gra na basie jest prosta, ponieważ to tylko cztery struny, ale moim zdaniem bas jest trudniejszy od gitary. Na nowym albumie gram też na cytrze – nie jestem w tym zbyt dobry, odnalazłem po prostu nutę, która była mi potrzebna.

IZ: Czy kiedykolwiek pobierałeś lekcje muzyki lub gry na instrumencie?

Ryan: Nie, nigdy nie miałem żadnych lekcji, wszystkiego nauczyłem się sam. Może dlatego tak bardzo lubię grać.

IZ: Twoja muzyka jest bardzo melancholijna. Czy uważasz się za melancholijnego człowieka?

Ryan: Spotkałem już kilka osób, które spodziewały się, że będę wyglądać inaczej. “Myślałem, że będziesz mieć brodę i będziesz bardzo smutny, ale jesteś naprawdę wesoły.” Może dlatego próbuję teraz zapuścić brodę, żeby dopasować się do tego image’u. Wydaje mi się, że podświadomie znalazłem sposób na przekierowanie mojego smutku w muzykę. Więc nie, nie spędzam całych dni w domu, smucąc się i narzekając.

IZ: Jakie uczucia chcesz wzbudzić w swoich słuchaczach?

Ryan: W pewien egoistyczny sposób chciałbym, aby to, co mnie porusza, wywierało ten sam efekt na innych. Staram się przekazywać to, co naprawdę czuję, aby moi słuchacze mogli odczuć to samo. Jeśli chcą. A jeśli nie chcą? No cóż, jeżeli uznają mnie za starego smutasa i nie będą chcieli słuchać mojej muzyki, trudno, nie przeszkadza mi to. Może wrócą do niej w innym momencie swojego życia. Low Roar to egoistyczny projekt o moim życiu i tym, co jest wokół mnie. Nie staram się nikogo pocieszać czy utożsamiać się z nikim w smutku. Robię coś swojego, i jeśli chcesz być tego częścią, proszę bardzo.

IZ: Czy lubisz występować na żywo?

Ryan: Tak, nadal to lubię. Zawsze to lubiłem, chociaż zastanawiam się, czy kiedyś przestanę. Nie znam jeszcze tego uczucia. Kiedy oglądałem występ The Killers na festiwalu Glastonbury, zastanawiałem się, co się stało z ich basistą i gitarzystą. Później to sprawdziłem – byli po prostu zmęczeni koncertowaniem. Nadal są w zespole i biorą udział w nagrywaniu albumów, ale nie chcą jeździć w trasy. Mnie to jeszcze nie dotyczy. Dlatego właśnie wydaje mi się, że ekscytujące jest koncertowanie solo. To zupełnie inne uczucie, być na scenie samemu, bez zespołu, na którym można polegać. Cała presja spoczywa na mnie, i to stresujące, ale taki stres czasem działa pozytywnie. Jeśli kiedyś przestanę odczuwać ten stres, który teraz towarzyszy mi przed każdym wejściem na scenę, będzie to znak, że już mi nie zależy, i nie chcę już koncertować.

Low Roar wystąpi: 7 listopada w klubie Próżność w Poznaniu, 8 listopada w klubie BARdzo, Bardzo w Warszawie oraz 9 listopada w klubie Alchemia w Krakowie. Bilety dostępne są na fource.pl.

Exit mobile version