Trzy lata temu Zara Larsson próbowała pokazać, że jest dziewczyną z plakatu na ścianie typowej nastolatki. Wczuwając się w ten wykreowany obraz Zary, w swoim pandemicznym pokoju próbowałam wsłuchiwać się w ten album i wsłuchałam się w niego aż za bardzo, że myślałam, że Szwedka nic lepszego nie wyda. Po latach muszę przyznać sobie rację.
Obecnie mamy do czynienia z „dojrzalszą” odsłoną piosenkarki, którą kreuje poprzez postać bogini Wenus. Zamysł tej ery jest w stu procentach zrozumiały — jak sama wokalistka dorasta i jej muzyka, tak fani razem z nią. Jako fanka Zary od momentu królowania Lush Life na listach przebojów, mogę stwierdzić, że Venus wypada dosyć blado na dyskografii artystki.
Album naprawdę obiecująco się zapowiadał. Singlowe Can’t Tame Her oraz End Of Time wręcz krzyczało, że może powstać mocne wydawnictwo. Potem wydała z Davidem Guettą On My Love, o którym zapomniałam tak szybko, jak się tylko skończyło. Dopiero o jej istnieniu przypomniałam sobie, pisząc tę recenzję. Wokalnie nie wyróżniło się niczym szczególnym, czasami odczułam, że jest on przygaszony i aż jestem w szoku, że to zostało singlem. Od takiej współpracy oczekuje się spektakularnego momentu nie tylko w podkładzie, ale także w głosie. W tym przypadku zabrakło mi tych dwóch aspektów.
Rzadko przyczepiam się do autotune’a, ponieważ zdaję sobie sprawę z tego, jak artyści modulują swój głos. Naprawdę jestem pełna podziwu głosu Zary, bazując na jej występach na żywo z koncertów czy z popularnych programów jak Song Association with Elle. Dlatego zastanawia mnie jedno — co się produkcyjnie stało z None of These Guys? Wokal w tym utworze brzmi, jakby był wykonywany przez AI, a nie faktycznie przez wokalistkę. Produkcja zawiniła po całości i nie rozumiem, dlaczego dopuszczono do publikacji takiej wersji na płycie.
Za to Ammunition było utworem, który zapowiadał się na świetnego faworyta, gdyby nie kończył się, jak się kończy. Dodanie piskliwego głosu na koniec oraz wydłużenie podkładu było bardzo zbędne. Jest to idealnym przykład, że co za dużo, to niezdrowo.
Venus ma o dziwo swoje mocne strony. Zaliczyć do tego grona warto singiel You Love Who You Love. Na pewno ważnym czynnikiem, który też sprawił, że ta piosenka zapadła mi w pamięci, jest przewijająca się reklama Live Nation koncertu szwedzkiej wokalistki w Warszawie na Tik Toku. Jednak jest to typowa radiówka, która jest dosyć chwytliwa, z klimatycznym teledyskiem. Takich piosenek oczekiwałam na Venus i You Love Who You Love spełniło to zadanie śpiewająco.
Mniej radiówkowymi, ale też genialnymi pozycjami broniące nowy album Szwedki są More Than This oraz Venus. Jestem nawet zwolenniczką, aby ta druga pozycja została singlem, który mógłby podsumować i dopełnić w całości ten muzyczny projekt.
Czy to jest aż tak zły album? Nie. Venus mimo wszystko ma swój urok. Nie został on odpowiednio oszlifowany, żeby mógł uzyskać miano tego najlepszego albumu. Nie jest i nie będzie moim ulubionym krążkiem Zary i nie będę do niego wracać zbyt często, jedynie do pojedynczych pozycji. Szkoda, ponieważ nazwisko Zara Larsson jest kopalnią hitów, o których trzeba mówić głośno bez żadnego „ale”. Niestety ten album je posiada i nie można było przejść przez to obojętnie.

