Site icon All About Music

Zamilska – Undone (2016), recenzja Joanny Gulewicz

Mimo, że debiutowała raptem dwa lata temu, już rzuciła na kolana międzynarodową publiczność, a jej muzyka towarzyszyła takim eventom jak chociażby pokaz Diora! Debiutanckie albumy są zazwyczaj wprawkami nieco nieopierzonych artystów, którzy dopiero sprawdzają swoje umiejętności, szukają swojego głosu… Nie w tym wypadku! Ta dziewczyna doskonale wie kim jest, co chce powiedzieć i jak to zrobić. Panie i panowie – przed Wami nadzieja polskiej elektroniki i jej drugi krążek Undone.

Album otwiera pełen mocy muzyczny prolog Warning. Z ciszy powoli wyłaniają się dźwięki  – początkowo powolne, jakby wyrwane z sennego letargu, przywodzące na myśl muzykę etniczną. Komuś, kto nie zna twórczości panienki Zamilskiej mogłoby się wydawać, że to preludium do kołyszącej i chillującej stylistyki. Proszę zwrócić jednak uwagę, że już w pierwszych kilkunastu sekundach wszystko zostaje objęte swoistym rozchwianiem, dźwięki nie tyle rozwijają się w czasie, co raczej chaotycznie krążą, swobodnie zmieniając rytm i natężenie. I oto jest! Wielkie bum! Słyszycie je? Mocne syntezatorowe podbicie, pęd, mnogość nut, podkręcenie natężenia dźwięku. Przez chwilę zastanawiam się, czy nie mam do czynienia z jednym z aggrotechowych demonów i już wiem, że to bardzo mocny powrót!

Potwierdza to singiel Rise. Utwór bazuje na kilku odmiennych pasmach dźwięków. Otwiera go ścieżka kojarząca się z alarmującymi całe miasto o nadciągającym niebezpieczeństwie rogami. Przed czym ostrzegają? Tutaj pojawia się głos samej artystki:

                            „When you think of me you should think of fire”

Kiedy tylko wybrzmiewa ta króciutka introdukcja, tempo przyspiesza, nuty zaczynają niespokojnie roić się wokół motywu wiodącego, dając pożądany efekt bzyczenia. Zamilska wprawnie żongluje melodyką i tonacją – doskonale wie w którym momencie należy przyciąć daną część, a kiedy pozwolić panoszyć się w utworze nowej lub podmienić tę poprzednią czymś zupełnie innym, by jednocześnie zachować spójność melodyczną jak i utrzymać kompozycyjny chaos. Rewelacja!

Call dla odmiany burzy gęstą, niepokojąca stylistykę Rise, by zanurzyć się w harmonijnych, rytmicznych i pozytywnych dźwiękach. Nie spodziewajcie się jednak tanecznej, ogłupiającej sieczki – kiedy wsłuchacie się w ten utwór dokładniej zobaczycie, że artystka wprawia słuchacza w pewnego rodzaju trans. Pozornie pozwala mu się wyciszyć i poczuć harmonię dźwięku, ale tylko po to, by ponownie obudzić jego czujność nieprzewidywalnym Suffocation. Powita was mroczne nucenie i rozbzyczane syntezatory. Już zdążyliście się nastawić na kolejną porcję porażających dźwięków? I znów pudło, bo Zamilska potrafi wyprowadzić z każdego dźwięku zarówno światło jak i ciemność. Tylko od niej zależy co usłyszycie i możecie być pewni, ze to nie będzie to, czego moglibyście się spodziewać. W tej muzyce nie znajdziecie ani łatwych rozwiązań ani pozbawionych konceptu niesfornych dźwięków – wszystko jest jak od linijki, każdy element czemuś służy, odsyła poza siebie.

Transowa, wręcz rytualna stylistyka utrzymuje się również w Smash, Ruin oraz singlowym FuckFray. Musze się przyznać, że podczas odsłuchiwania tego ostatniego poczułam naprawdę spore rozczarowanie – jak to? to już koniec?! Artystka wcale nie stara się tego rozczarowania złagodzić, a wprost przeciwnie – buduje muzyczną narrację, której dalszy rozwój mam już przed oczyma, a tymczasem dopada mnie cisza. Warto zwrócić uwagę, że FuckFray nie znajduje się w tym miejscu przypadkowo i żadna z jego składowych też przypadkową nie jest. Jeśli zapętlicie ten album kilka razy, dostrzeżecie, że początek i koniec tworzą silną i mocno zabudowaną dźwiękiem klamrę kompozycyjną. Natężenie dźwięku, dynamika, zmiany rytmiczne, czy sample, które pojawiają się w Warning mają swoje odpowiedniki również w FuckFray. Z tą różnicą, że początek jest dziki, wierzgający, kipiący od furii i zupełnie nieświadomy swej mocy, koniec natomiast nieco bardziej opanowany, bo już świadomy potęgi jaką posiada. Hipnotyzująca stylistyka plecie się tutaj swobodnie z ciężkim beatem industrialnej machinerii metropolii. Jak to brzmi? Sami zobaczcie!

Wy już wiecie co teraz powiem, więc może bez zbędnej paplaniny:

Bezkompromisowa i bezkonkurencyjna!

Exit mobile version