Site icon All About Music

Yeah Yeah Yeahs – Mosquito (2013), recenzja Magdy Sieprawskiej

Płyta Nowojorczyków z Yeah Yeah Yeahs była jedną z tych na którą czekałam najbardziej tej wiosny. Po zapoznaniu się z kawałkiem Under The Earth wiedziałam, że materiał Karen O i spółki tym razem zaskoczy mnie i to zaskoczy mnie pozytywnie. Tak też się stało.

O ile YYYs mają na swoim koncie sporo całkiem niezłych kawałków, to ja nigdy nie byłam co do ich twórczości przekonana całkowicie. Wiadomo – It’s Blizt! dobra rzecz, jednak brakowało mi czegoś jeszcze, czułam, ze grupa musi mi jeszcze coś pokazać. Gdy usłyszałam pierwszy singiel Sacrilege, nie uwierzyłam – wydawało mi się to zbyt dobre. Gdy usłyszałam Under The Earth moja ciekawość sięgnęła zenitu i całe szczęście, że już następnego dnia płyta nieszczęśliwie znalazła się w sieci, a niewiele później w serwisie youtube muzycy umieścili cały album wraz z ich komentarzami do wszystkich utworów. Po pierwszym przesłuchaniu byłam, delikatnie mówiąc, zawiedziona. UTE narobił wielkiego smaku, a tu w sumie żadna kompozycja nie zapadła mi w pamięć. Nie dałam się jednak usunąć w cień temu wydawnictwu i zaczęłam słuchać aż spodoba mi się – może nie w całości, ale w większości. Tak też się stało, a krążek okazał się naprawdę kawałkiem świetnej roboty.

Przoduje jak już się można domyślić kompozycja Under The Earth. Obojętnie przejść również nie można obok żywiołowego Area 52 czy pełnego niepokoju These Paths. Tytułowy kawałek Mosquito dobrze reprezentuje cały longplay – jest taki jak i on. Karen wykonuje ciągłe akrobacje głosem, od najniższych dźwięków aż do najwyższych. Muzycy stosują też całkiem ciekawy zabieg jakim jest naśladowanie bzyczącego komara! Z czymś podobnym spotykamy się w Subway, gdzie z kolei słyszymy pogłos jadącego pociągu.

Bardzo popularną rzeczą jest ostatnio zapraszanie do współpracy innych muzyków, nie inaczej też było tutaj. Niektórzy zapraszają tyle gwiazd ile mają kawałków na albumie, a YYYs zaprosili jedną (w sumie to dwie, ale o tym później), ale konkretną. Dr. Octagon, bo nim mowa, wypadł w kawałku Buried Alive całkiem dobrze, a na tle całych 11 kawałków taka odmiana (rapowanie) wyszła im bardzo dobrze. Coś się dzieje, jest coś nowego, innego. Co do innowacyjności łatwo można podać też za przykład kawałek Sacrilage. Występ gościnny chóru gospel w rockowych kawałkach nie jest codziennością, ale czy to akurat wyszło na plus? Mam mieszane uczucia, nawet w tej chwili nie jestem w stanie powiedzieć czy mi się to podoba czy też nie.

Zdecydowanie słabszą stroną tej płyty są kawałki spokojniejsze, wolniejsze. O ile Slave jeszcze się broni i zapada w pamięć, to już Always czy Wedding Song po prostu przynudza. Nic się w nich nie dzieje. W Despair tylko czeka się na jakiś wybuch, na jakieś BUM, a tu zamiast tego dostajemy kolejną partię gitar i tak przez niemal 5 minut.

Tak jak już wspominałam na początku Yeah Yeah Yeahs przekonali mnie do siebie. Może nie zawojowali tym krążkiem mojego muzycznego świata, ale na pewno coś do niego wnieśli. Nie zapomnę o Mosquito w moim muzycznym podsumowaniu 2013 roku.

Yeah Yeah Yeahs
Exit mobile version