Site icon All About Music

Dzikie rządze w dziko płonącym świecie. Yeah Yeah Yeahs – Cool It Down, 2022 (recenzja)

Kto by pomyślał, że jedna z najbardziej kultowych kapel XXI wieku powróci po niemalże dekadzie artystycznej absencji. Mowa tu rzecz jasna o Yeah Yeah Yeahs, którzy uraczyli nas niedawno swoim piątym studyjnym albumem. Cool It Down, bo taki nosi tytuł, jest dokładnie taki, jaki sobie wymarzyłem – zatem luzuję i spieszę Wam coś o nim powiedzieć.

Zeszłoroczne wakacje nie były dla mnie szczególnie łatwe. Na szczęście, wraz z początkiem września 2021 roku wszystko zaczęło się jakoś układać. Jednak zanim do tego doszło, topiłem smutki w muzyce, bo przecież nie było mnie stać na inne używki. Pewnego dnia poczułem, że muszę posłuchać utworu Maps w wykonaniu bohaterów dzisiejszej recenzji. Jakież było moje zdziwienie, gdy naprawdę poczułem to, o czym Karen O śpiewała. Piosenka została ze mną na bardzo długo, w zasadzie aż do dzisiaj, czyniąc zespół Yeah Yeah Yeahs moimi ulubieńcami. Dlatego też na wieść o ich niespodziewanym singlu, jakim był Spitting Off The Egde Of The World, oszalałem i z ogromną niecierpliwością czekałem na dzień premiery tego albumu. Czy warto było czekać? Oczywiście!

Cool It Down to epicka podróż przez najróżniejsze ludzkie emocje, gdzie najczystszy bunt miesza się z niepewnością i tęsknotą za ukochanym człowiekiem. Żyjemy w świecie ogromnych kontrastów i społecznej polaryzacji, niby tyle się zmieniło, ale niestety sam człowiek niewiele. Jego dzikie, wręcz pierwotne rządze, są zauważalne w przestrzeni publicznej jak nigdy dotąd. Media społecznościowe obudziły w nas to, co najgorsze, choć z drugiej strony również to, co najlepsze. Czy to dobrze? Jak to mają w swoim zwyczaju, Yeah Yeah Yeahs nie oferują jasnej odpowiedzi, bo to od Ciebie zależy, co tak naprawdę poczujesz i jakie wnioski z tego wyciągniesz.

Wedle zapowiadających Cool It Down singli, SOTEOTW oraz Burning, oraz samego jego tytułu, spodziewałem się swoistego komentarza na temat relacji człowieka z naturą i się nie pomyliłem. Czasem podążamy za tajemnicami świata, kiedy indziej nad nimi dumamy, raz ruszamy na dziką imprezę, aby o nich zapomnieć, żeby wracając z niej spróbować uratować siebie przed tym co najgorsze. Choć nie zawsze jestem pewien przekazu Karen O, tak nie mam wątpliwości, że losy tej planety nie są Yeah Yeah Yeahs obojętne i nam też być one nie powinny. I te wszystkie skrajne emocje wyrażają się w tym skromnym albumie – nie tylko poprzez słowa, ale również i melodie.

To właśnie warstwa produkcyjna Cool It Down jest jego najmocniejszą stroną. To w jaki sposób te utwory napisano i skomponowano, robi na mnie ogromne wrażenie. Niby proste, a jednak wielowymiarowe i niezwykle soczyste. Ten album jest niczym stadion podczas największej dyskoteki na świecie – wypełniona intensywnymi światłami, gdzie nie liczy się nic, tylko muzyka, taniec i ty. To jest trzydzieści pięć minut niepowtarzalnego doświadczenia, gdzie możesz zatracić się w sobie, choć podskórnie będziesz czuć, że nie jest zabawa bez zobowiązań. Musisz być świadom w czym uczestniczysz, bo jeśli nie, staniesz się ofiarą tego, o czym Yeah Yeah Yeahs chcą nas ostrzec – przed obojętnością.

A propos, żadna z ośmiu kompozycji (czysto technicznie siedmiu), nie pozostawiła mnie obojętnym, choć na pewno nie wszystkie należą do moich ulubionych. Wspomniane już wcześniej single są po prostu nadzwyczajne. To jest ten rodzaj rocka, który po prostu uwielbiam – jest rytm, jest styl i po prostu te numery mnie poruszają, dosłownie. Nie mam wątpliwości, że znajdą się na mojej personalnej liście najlepszych piosenek tego roku. Równie duże wrażenie zrobiły na mnie Wolf oraz Fleez, które operują na tych samych gitarowych rejestrach. Niemniej to właśnie Wolf jest tym trzecim najlepszym numerem tego albumu – aż chciałbym zmienić się w wilka choć na tą jedną noc. Poza tym, Blacktop oraz Lovebomb wspominają miłosne uniesienia z przeszłości, w niezwykle klimatyczny sposób, zaś Diffrent Today oraz jego outro Mars cudownie zamykają cały ten porywający album.

To tu dużo mówić, Yeah Yeah Yeahs stworzyli swój najlepszy album w karierze i nie ma w tym ani krztyny przesady. Cool It Down ma przekaz, ma melodię i ma to coś, co czyni muzykę tak wyjątkowym medium w historii ludzkości. Choć na pewno nie jest to najlepszy album z jakim przyszło mi obcować, ma zadatki by stać się tym krążkiem, o którym będziemy mówić jeszcze długo. Więcej takiej muzyki, po prostu.

Exit mobile version