
Dokładnie trzydzieści lat temu na polskim rynku muzycznym ukazała się – w sumie to trochę nagle, niespodziewanie – kultowa już płyta nieistniejącego zespołu Ya Hozna – Ya Hozna, która otworzyła bramy do solowej kariery wokalistce Renacie Przemyk. Ale najpierw, tę Babę musiał zesłać sam Pan Bóg po to, aby mogła spotkać zdolnych mężczyzn z grupy muzycznej… Dzisiaj wszyscy dowiemy się jak w aktualnej Polsce – przypomnę: po trzydziestu latach! – brzmią w pewnym sensie pierwsze, feministyczne teksty piosenek napisane przez Sławomira Wolskiego. No, przynajmniej zrobię wszystko, abyśmy się dowiedzieli – bo ja coś tam już wiem i swoje zdanie mam, lecz fajnie by było, żebyście Wy też wiedzieli i wyrobili opinię.
Nie można przejść obojętnie wobec pierwszego utworu na liście wszystkich piosenek. Teraz fachowo, aby to określić, używa się słowa „intro”. Mowa oczywiście o Yaho Zna. Jestem przekonana, że Was – tak samo jak mi kiedyś – trochę zdziwiło tak zwane „dyszenie akordeonu”, które ciężko sobie wyobrazić. Dopiero na koncertach tej artystki można na własne oczy zobaczyć jak to wygląda. Trzydzieści lat temu, a nawet jeszcze wcześniej – w naszym państwie również – bywały przeróżne wstępy płyt, lecz rzadko które (przynajmniej u mnie) potrafiły zaciekawić i zachęcić do dalszego słuchania albumu. Późniejsze wejście, w tym kawałku, głosu Renaty Przemyk dodało nieskazitelnej mocy i siły. A teraz sobie pomyślałam… co to by było, gdyby ten utwór zagrała jakaś orkiestra symfoniczna… CZUJECIE TO?
Babę zesłał Bóg czyli hymn (myślę, że nie tylko ja tak uważam…) wszystkich polskich kobiet – praktycznie na każdym manifeście feministycznym słyszalny, bądź grany czy śpiewany przez kogoś. W przeszłości (właściwie to jeszcze nie tak dawno) za każdym razem, gdy mówiłam, iż autorem tekstu jest mężczyzna – nikt nie chciał mi wierzyć. W sumie… nic dziwnego, bo ja sama (na początku, gdy się o tym dowiedziałam) byłam w szoku. Ale jak widać, można? Można. Tylko trzeba pamiętać, aby ów tekst wziąć na dystans. Chociaż, teraz tak sobie pomyślałam – nudno byłoby bez kobiet na tym świecie. I bez mężczyzn, rzecz jasna, też. :) Jako ciekawostkę dodam, że do dziś ta piosenka zbiera laury i ogromny entuzjazm na koncertach. Mogę to potwierdzić pod przysięgą, gdyż byłam niejednokrotnie świadkiem tych wydarzeń. Słowo harcerza!
Kolejny utwór, który skradł moje serce to Samolot rozbił się przed startem… i już chciałam dopisać resztę zdań. Niesamowita zabawa słowna wraz ze skojarzeniami, która trwa dosyć krótko – piosenka ma tylko dwie minuty i dwadzieścia cztery sekund, lecz, jak wspomniałam na początku, to wystarczająco dużo czasu, aby utopić się (miłością) w niej. Sami się przekonacie, jeśli posłuchacie. Na koniec dam kolejną ciekawostkę – w trakcie finałowego koncertu „FAMA”, w Świnoujściu ósmego lipca 1990 roku, zespół ten dał swój mały koncert. Otóż, tytuł Samolotu został podpisany zupełnie inaczej i to była prawdopodobnie pierwotna nazwa: O sile i wiedźmach.
Makijaż twarzy to taka perełka, która pokazuje swój najpiękniejszy urok w trakcie występów na żywo. Tyle w temacie.
Nie zapomnijmy o wariacie (i/lub świrze) czyli Kochaj mnie jak wariat. Jest to dosyć żartobliwy utwór, zwłaszcza przez dźwięki instrumentów dętych oraz akordeonu, który i tak przewija się przez całą płytę. Moim zdaniem to właśnie te dźwięki dają charakterystyczne i pozytywne cechy, połączone z mocnym, kobiecym głosem. Tak samo tekst, ale to jest już raczej jasne i oczywiste.
Tańczę na stole, kieckę zadzieram, tłukę butelki, depczę szkłooo! Dokładnie tak jak przeczytaliście przed chwilą – na samą myśl (albo po usłyszeniu melodii) o Protest Dance mam ochotę śpiewać refren. To jest chyba najbardziej taneczny utwór, który porywa widownię koncertową. Po raz kolejny informuję i przypominam, iż byłam świadkiem takich sytuacji, więc wiem co piszę.
Album jest o wiele dłuższy, lecz mam nadzieję, że te poszczególne utwory zachęciły Was do odsłuchania całości. Odpowiadając na pytanie – jak w aktualnej Polsce po trzydziestu latach brzmią w pewnym sensie pierwsze, feministyczne teksty piosenek – są one… według mnie… na czasie. Wiadomo, trochę się pozmieniało i to nie tylko u nas. Ale wciąż nie jest idealnie i pewne wersy z wielu kawałków zamieszczonych na płycie zgadzają się z dzisiejszą rzeczywistością. Można też się zastanowić czy to dobrze, czy źle… Tak jak zdążyłam już wspomnieć, jest to kultowa płyta i myślę, że powinna ona być „przekazywana” z pokolenia na pokolenie. Nie tylko ze względu na obecny, na krążku, feminizm – ale również po to, aby promować oraz polecać dobrą, polską muzykę. Tak samo jak cała(i zespołu również!), późniejsza twórczość Renaty Przemyk. Po prostu: warto.

