Site icon All About Music

„Nie chcę robić czegoś dlatego, że powinienem. To bardzo ogranicza” Wywiad z Wiktorem Dydułą

Niedawno ukazała się debiutancka płyta Wiktora Dyduły, szerszej publiczności znanego z programu The Voice of Poland. Pal Licho! to niezwykle ciekawy stylistycznie i osobisty album. Miałam okazję porozmawiać o nim z artystą i odrobinę przeanalizować to jak do niego dochodził, jak go tworzył i co co na nim znajdziemy. Przeczytajcie zapis wywiadu!

Adrianna Małolepszy: Po pierwsze serdecznie gratuluję! Płyta już jest dostępna. Jak tam emocje?

Dziękuję bardzo. Na pewno jestem podekscytowany, troszkę zdenerwowany, ale szczęśliwy i przede wszystkim dumny, że mi się udało dojść do tego momentu, bo jednak produkcja płyty i jej promocja wiąże się z ogromem pracy, który trochę mnie przytłoczył. Trochę nie wiedziałem z czym się to je, dlatego jestem też bardzo wdzięczny wszystkim ludziom, którzy mi w tym procesie pomogli.

Adrianna Małolepszy: A co było w nim dla Ciebie najtrudniejsze?

Na pewno produkcja piosenki i ten moment, w którym mija całe to pierwsze podekscytowanie i masz wrażenie, że nie do końca jest to to czego chciałaś i łatwo zakopać się w takim poprawianiu w nieskończoność. Czasem potrzeba kilku dni, żeby odpocząć i się z tym materiałem osłuchać.

AM: Dobrze jest mieć też kogoś kto powie Ci, że już jest dobrze, wystarczy i trochę Cię od tego odciągnie.

Absolutnie! Mam takie osoby. Moja rodzina też jest moim doradcą i krytykiem. Mówią mi konkretnie co im nie gra i naprawdę bierzemy to pod uwagę z producentem.

AM: Czy było coś w tym procesie tworzenia krążka od strony zakulisowej co Cię zaskoczyło i myślałeś, że wygląda inaczej?

Na pewno nie wiedziałem jak wstawia się utwory na streaming. Nigdy też nie byłem świadomy jak wiele czasu potrzeba, żeby coś się mogło sfinalizować. Z dnia na dzień jest to właściwie niemożliwe.

AM: Mam wrażenie, że ta płyta powstawała bardzo długo. Z czego to wynika?

Niektóre piosenki powstały nawet 4 lata temu, bo miał powstać inny projekt, zespół z moimi znajomymi producentami. W międzyczasie wybuchła pandemia, mieszkamy daleko od siebie i temat trochę upadł, potem byłem programie i w końcu odezwałem się do nich czy może zrobimy to pod szyldem Wiktor Dyduła. Udało się.
Jest to zbiór piosenek z kilku lat i bardzo się z tego cieszę, bo wydaje mi się, że gdyby ta płyyta miała jeden kolor, to byłaby nieszczera. Wszystkie te doświadczenia odbywały się na przestrzeni kilku lat i stąd różnorodność tych tekstów i utworów. Zawsze zależy mi na tym, żeby w tych piosenkach była prawda i żeby słuchacze mogli mi uwierzyć.

AM: Nawiązuję do tego, że tak jak w tekstach spójnie przechodzimy narracją przez Twoją historię, tak muzyka jest już bardzo zróżnicowana. Tak samo teledyski, każdy jest zupełnie inny.

To ciekawe, bo ostatnio ktoś mi powiedział, że mimo, że te teledyski się od siebie różnią to są bardzo spójne poprzez pierwiastek teatru, ale rzeczywiście ja na razie dużo poszukuje i bawię się formą. Staram się na nic nie zamykać, nie chcę robić czegoś dlatego, że powinienem. To bardzo ogranicza i staram się do tego nie przywiązywać.

AM: Jednym z bardzo ciekawych teledysków na pewno jest ten do utworu Santorini, ale zacznijmy może od samego utworu. Moim zdaniem ten tekst jest naprawdę świetnie napisany. Ja, słuchając go wiem wszystko choć tak naprawdę nie wiem nic.

Bardzo dziękuję. To ogromnie miłe. Bardzo trudno jest napisać coś tak, żeby znaleźć ten złoty środek pomiędzy byciem szczerym, a pozwoleniem, żeby każdy miał przestrzeń do utożsamienia się z utworem.

AM: Pisałeś już coś wcześniej?

Wiele zaczętych tekstów wylądowało w szufladzie, lub w koszu. Widzę z czasem progres w opisywaniu emocji i rzeczywistości i wiem, że muszę pisać sam jak najwięcej, aczkolwiek na pewno nie zamykam się na współpracę z innymi. To zawsze rozwija i inspiruje. Pisałem wspólnie z Olą Olszewską i było wspaniale.

Tekst z którego jestem najbardziej dumny czyli Ostatnie Takie Słońce powstało w busie, kiedy jechałem na koncert. Santorini to był czysty przypływ emocji i większość tego tekstu powstała w jedną noc.

AM: Wspomniałeś o Oli Olszewskiej, ale na płycie są dwie gościnie. Jak one się na niej znalazły? Jak wyglądał ten proces?

Duet z Natalią Grosiak to dla mnie ogromny powód do dumy. Jestem fanem jej twórczości i nadal nie mogę uwierzyć, że ze mną zaśpiewała. Udało się dlatego, że Piotr Pluta, mój producent, pracuje też z Mikromusic i gdy powstawał ten utwór od razu narodziła się myśl żeby zadzwonić do Natalii. Na szczęście się zgodziła.
Jeśli chodzi o Olę to to wyszło trochę na ostatnią chwilę. Na początku był pomysł na inną artystkę w tym numerze, ale się to nie udało i Ola trochę uratowała sytuację. Bardzo się z tego cieszę, bo patrząc z perspektywy czasu wyszło naprawdę super i na nikogo bym jej nie zamienił w tym utworze.
Mieliśmy w głowie obrazek starszej pary w czasach PRL, tańczącej wolny taniec na weselu i mam wrażenie, że nam się to udało.Ola ma ogromny talent i potencjał, jest mega pracowita i mam nadzieję, że dużo jeszcze o niej usłyszymy.

AM: Ale wróćmy na chwilę do teledysku do utworu Santorini.

To ciekawa historia, bo tak naprawdę teledysku miało w ogóle nie być. Kiedy jednak zdecydowaliśmy, że jednak fajnie byłoby żeby coś powstało to pierwszą naszą myślą była właśnie ta artystka [Tetiana Galitsyna], którą widziałem kiedyś w jakimś programie, zadzwoniłem do producenta i zacząłem mu o niej opowiadać, a on mi przerwał i powiedział, że on też o niej pomyślał.
Bardzo się cieszę, że się to udało.

AM: Widać, że ciągnie Cię do takich bardzo artystycznych, teatralnych klimatów.

Było tak od zawsze. Zawsze chciałem robić rzeczy nieoczywiste. Lubię nowatorskie pomysły. Oczywiście ludzie są zwierzętami stadnymi i zawsze kimś się inspirujemy. Właściwie nie sposób stworzyć czegoś czego nikt jeszcze nigdy nie stworzył.
Moją taką inspiracja jest Salvador Dali, zawsze jarał mnie surrealizm no i chciałbym mieć taki wąs.

AM: Wydaje mi się jednak, że ty nie jesteś zwierzęciem stadnym, a bardziej indywidualistą.

Zdecydowanie, ale to chyba wynika z mojego braku pewności siebie i z moich problemów w kontaktach z ludźmi. Mam jakąś blokadę w głowie, z którą walczę. Natomiast mam wokół siebie grono osób, bez których nic co się udało by nie powstało. Jestem bardzo za to wdzięczny. 

AM: Czy to ten brak indywidualności spowodował, że zespół, z którym wcześniej grałeś nie do końca Ci leżał?

W moich poprzednich projektach nie do końca czułem, że to jest dokładnie to. Miałem taki moment, że chciałem spróbować czegoś innego, bo niczego innego nie znałem. Chyba nie chodziło o indywidualność, bo szczerze mówiąc gdyby nie program to raczej nie występowałbym jako Wiktor Dyduła, a raczej jako część większego składu. Nie wykluczam też, że w przyszłości powstanie coś takiego, ale na razie jestem skupiony na tym co w tej chwili.
Co prawda już się z tym oswoiłem i mimo, że nie chciałem nigdy być w tym centrum i w reflektorach, to chyba w Polsce łatwiej zapaść ludziom w pamięć jako solowy artysta, niż jako zespół.

AM: Coś w tym jest. To co mówiłeś o dostosowywaniu się powoli do tego świata i do reflektorów od razu przywiodło mi na myśl utwór Struś.

Tak. Ucieczka od miejsca, w którym może w danej chwili człowiek nie chce być, ale mimo wszystko w tym trwa. Jest zagubiony, ale boi się uciec.

AM: Ten numer jest też fascynujący pod względem muzycznym. Naprowadź mnie na myśl przewodnią.

On miał być takim “strzałem w twarz”. Miał wzbudzić zaskoczenie i chęć sprawdzenia co jest dalej, dlatego jest pierwszy na płycie. Jestem jego ogromnym fanem, bo jest inny, dziwny i energiczny. Na koncercie to kompletna miazga. Był to jeden z tych numerów, który bardzo długo leżał u mnie w szufladzie. Pamiętam, że próbowaliśmy go skleić z producentem w jedną całość u mnie w salonie, było bardzo ciężko, bo miałem dosłownie gorączkę, ale się udało.

AM: Czy masz już zaplanowane jakieś koncerty?

Tak. Na pewno będzie kilka koncertów wiosną, a jesienią pewnie będziemy grać w klubach, ale wszystkie informacje na pewno będą w moich social mediach.

AM: Bardzo serdecznie dziękuję za rozmowę i trzymam kciuki!

Dzięki!

Exit mobile version