Za projektem runforrest kryje się Grzesiek Wardęga. Artysta podzielił się niedawno swoją nową EP-ką o tytule run! Z tej właśnie okazji porozmawiał z naszą redakcją, zdradzając co nieco o wydawnictwie. O czym opowiada, co możemy w niej odkryć oraz czy jesień to ulubiona pora naszego rozmówcy – tego dowiecie się z poniższego tekstu. Zapraszam na lekturę!
Sylwia Krzywonos: Twój pierwszy singiel opowiada m.in o odczuwaniu kryzysu, drugi singiel o rozstaniu, smutku, zranieniu – czy Twój nowy materiał mocno będzie nacechowany przeżytą pandemią, izolacją, czy poznamy Twój punkt widzenia i przede wszystkim Twoje prywatne emocje, które dotknęły Cię w ostatnim czasie?
Grzesiek Wardęga: Tak, to na pewno będzie nacechowane gdzieś mocno tą pandemią, izolacją. Jakby, tym ogólnym kryzysem, bo można było w sumie ześwirować od samego tego co się działo w wiadomościach, czy czytało w jakiś newsach. Na pewno będzie tym nacechowane, ale z drugiej strony staram się tym razem, pośród tego kryzysu, tej izolacji i wszystkiego, doszukiwać się jakiejś nadziei, gdzieś znajdować na to trochę miejsca w każdej piosence. Będą i smutne i wesołe momenty.
S.K.: Masz może jakąś receptę na lepsze momenty, lepsze emocje?
G.W.: Wiesz co, czasami jest tak i te dwa lata też mogły tego nauczyć, że żadne recepty i żadne działania nie pomagają, ale czasami wystarczy tylko poczekać. W sensie – jeśli jest źle, to w sumie to jest oczywiste że może być tylko lepiej. Po pierwsze, trzeba się cieszyć z tego, że jeśli jest nam źle to to znaczy, że mieliśmy same lepsze doświadczenia wcześniej, a po drugie trzeba poczekać. Nie może być tak, że cały czas na jednym poziomie jest wszystko, wszystko się zmienia i to jest taka sinusoida, prędzej czy później wejdzie na tę górę. Wydaje mi się, że można korzystać z gorszych momentów czy jakichś porażek jako takiej lekcji. Traktować to, że pojawia się jakiś kryzys jako szansę do wyciągnięcia z tego wniosków. I może wtedy na przyszłość będzie łatwiej.
S.K.: Wiele osób podziela odczucia w twórczości ulubionych artystów – spotkałeś się już z taką wymianą doświadczeń z fanami?
G.W.: Tak, w ogóle przez to że śpiewam po angielsku, gdzieś to jest taki pośredni kontakt niż bezpośredni, wiadomo, w Polsce po prostu mniej osób gdzieś tak dokładnie to rozumie i potrafi to tak interpretować. Ale bardzo łatwo jest o taką wymianę, nie tylko emocji, czy takie podzielenie emocjami, ale też taką ogólną wrażliwością. Taką emocjonalnością niż emocjami i sposobu patrzenia na świat i bardzo dużo spotykałem takich ludzi po drodze. Miałem też tak, że dostawałem wiadomości, że Sleep czy Butterflies pomagało im przetrwać jakiś kryzys, czasy i trudne osobiste momenty. Zawsze się z tego cieszę, ale też trochę się tego obawiam bo nie jestem do tego przyzwyczajony i jak sobie z taką wiadomością poradzić, żeby też nie spotkać się jakimś ciężarem ze strony tej drugiej osoby, której w sumie nie znasz po tej drugiej stronie. Żeby nie poczuć się odpowiedzialnym za emocje tej drugiej osoby.
S.K.: Co chciałbyś jeszcze przekazać w nowej epce, co możemy w niej odkryć?
G.W.: EP-ka jest trochę taka impresjonistyczna niż poprzednie rzeczy i dlatego mam nadzieję, że w ogóle będzie to materiał, w którym można odkryć mnóstwo rzeczy. Ja jestem sam ciekaw co można w niej odkryć, bo raczej nie planowałem tego jakoś z premedytacją, w sensie, nie umieszczałem tam niczego celowo, po to żeby to miało jakieś jedno ukryte znaczenie, by każdy to rozszyfrowywał jak zagadkę. To jest bardziej impresja, gdzie każdy kto na to patrzy, czy w tym wypadku – tego słucha, aby każdy na to projektował swoje doświadczenia, przeżycia, emocje. Im więcej tych różnych interpretacji ze strony każdego słuchacza, słuchaczki, im bardziej różne są te interpretacje, tym lepiej dla mnie. Taką chciałbym tworzyć sztukę, która zostawia bardzo niejednoznaczne rzeczy do odkrywania dla każdego. Mówiąc na trochę szerszym poziomie, myślę że będzie tam dużo do odkrycia muzycznie, w sensie dużo rzeczy, jak się wsłuchać bardziej szczegółowo w ten materiał może zaskakiwać i być takie, jakie do czego nie przywykli jeszcze moi słuchacze.
S.K.: Twoja muzyka zawsze kojarzyła mi się z jesienią, melancholią – jako jesieniara mówię to jako komplement – czy to dobre spostrzeżenie i czy przede wszystkim, również możesz się tak określić, jako fan jesieni i tego klimatu, przede wszystkim muzycznego?
G.W.: W sumie nie wiem, to znaczy na pewno lubię jesień, ale chyba nie mam ulubionej pory roku, tylko w każdej porze coś dla siebie znajduje. Jesień jest jakoś tak dziwnie emocjonalną czy nastrojową porą roku, w sensie, nie zawsze tak bardzo się skupiasz na swoich emocjach w innych momentach niż jesienią. Ja lubię taki moment, jak właśnie sierpień, w jego drugą połowę jest upał, a wieczorami, jak na przykład wychodzisz przed dom, czujesz że coś się tak zmieniło w powietrzu, czujesz że to zapowiada że idzie jesień. To jest coś nie do opisania, trudno powiedzieć co się zmieniło, ale czujesz taką dziwną aurę, że idzie jesień. To gdzieś bardzo lubię, ale nigdy nie zastanawiałem się pod kątem twórczości, czy ona jest taka czysto jesienna i czy to ma mieć taki klimat, ale w sumie będzie to już druga EP-ka, którą wydaje jesienią, więc może coś w tym faktycznie jest, tylko nawet sam się nad tym nie zastanawiałem.
S.K.: Współpracujesz obecnie w projekcie Ars Latrans, a na swoim koncie masz m.in wspólne koncerty z Bass Astral x Igo czy współpracę z Lor – co zyskałeś dzięki tym doświadczeniom, może było coś co osobiście przeszkadzało Ci jako artyście?
G.W.: Czy coś mi przeszkadzało to nie wiem w sumie, na pewno jest to super, w sensie, współpracowanie z innymi artystami o bardzo różnych charakterach – fajnie wybrałaś tę trójkę artystów, bo z każdym miałem zupełnie inny charakter tej współpracy. Z Bass Astral x Igo występowałem wspólnie na koncertach i dopisałem zwrotkę do jednego utworu na feacie (Dancing in the dark – przyp.red.), z Lor gdzieś tam wspólnie pracowaliśmy nad EP-ką i pomagałem bardziej autorsko, pisarsko przy tym, a w Ars Latrans Orchestra jestem po prostu częścią zespołu i pracuje tam tak na pełnym etacie, i na żywo i studyjnie. Jak dla mnie, współpracowanie z innymi osobami, zwłaszcza kiedy są to artyści na takim poziomie i z takim doświadczeniem jak oni, to daje taką możliwość zobaczenia jak to wygląda u innych i przez to też bardzo dużo pokazuje jak prowadzić u siebie tę pracę w muzyce czy karierę, po prostu zauważasz jak inni działają na wielu polach i dzięki temu masz taki wyznacznik jak to robić u siebie i czego nie robić, czego unikać, bo patrzysz na coś i mówisz “hmm to jest dziwne, ja bym tak się nie zachował, tego bym unikał”. Są to super budujące współprace, bardzo fajnie jest się nauczyć od Bass Astral x Igo czy Lor, są to też artyści jakich słucham na co dzień, więc jest to też super doświadczenie samo z siebie, bo jakby znasz muzykę tego artysty, a potem współpracujesz z nim personalnie i dowiadujesz się czego oni, one słuchają i czego szukają w muzyce sami i to też gdzieś bardzo poszerza horyzonty i otwiera.
S.K.: Pamiętam jak supportowałes Bass Astral x Igo na ostatnim koncercie ich trasy It’s Dark i wtedy zagrałeś przed ogromną publicznością na krakowskiej Tauron Arenie, jak to wspominasz? Czy to jeden z występów na twojej osobistej topce?
G.W.: Wspominam to na pewno super i jest to koncert z mojej topki, myślę że też jeden z największych koncertów. Grało się świetne, wszystko wspominam super, potem pójście w trakcie koncertu BAXI na trybuny i oglądanie tego z samego końca obiektu, gdzie widzisz wszystkich ludzi na miejscu i na scenie swoich ziomków, to jest też niesamowite, dołączenie do nich później na scenie, no to było wielkie przeżycie, super emocjonujące. Także z tego względu, że wtedy byłem w siedmiodniowej trasie koncertowej, bo wtedy jeszcze grałem w zespole Misii Furtak i zagrałem w ciągu tamtego tygodnia chyba sześć koncertów i podczas jednego z tych koncertów miałem wypadek i sobie rozwaliłem głowę. Na koncercie BAXI, to była sobota, twarz miałem napudrowaną bo miałem jeszcze dwie wielkie bruzdy na czole i ogólnie strasznie bolał mnie łeb podczas tego koncertu (śmiech).
S.K.: Ty powracasz z nową epką, erą i oby z trasą – czy masz jakiś wymarzony koncert, gdzie i być może z kim chciałbyś zagrać?
G.W.: Bardzo się cieszę z tej trasy, bo tym razem troszkę to inaczej wygląda, trochę jak w 2019. W ogóle bardzo dawno gdzieś tam przechodziłem przez różne managementy, wytwórnie, różne takie tematy i w sumie niewiele się przez to działo, jakby przez cały ten czas miałem wokół siebie ludzi, w Arsie jest podobnie, to znaczy, mam swoje do powiedzenia ale nie decyduje finalnie o koncertach, gdzie gramy, z kim gramy, teraz jest też sezon festiwalowy i bardzo dużo gram takich imprez jak Męskie Granie, organizacja tego koncertu jest gdzieś na zewnątrz, bo odpowiedzialność jest przerzucona na kogoś z zewnątrz i ktoś inny robi w tym zakresie coś za ciebie. Z drugiej strony nie masz takiej swobody, że to jest twój koncert, że to miejsce gdzie grasz to twój dom na jeden wieczór i możesz się tam czuć zupełnie swobodnie i robić co chcesz. Dlatego bardzo się cieszę na tę trasę i myślę, że mogą to być moje wymarzone koncerty, będzie taka pełna samodzielność. Teraz wszystko robimy razem z Kingą, moją managerką, wszystko robimy oddolnie bez wsparcia wytwórni czy jakiejś agencji. Wszystko załatwiamy sobie sami i dzięki temu lepiej będzie to smakowało na koniec, a tak poza tym wymarzone koncerty – festiwale, te polskie. W Polsce są super festiwale, co prawda w tym roku nie miały za bardzo szczęścia, ale jakby udało się zaprowadzić runforrest na Openera czy Festa to byłoby naprawdę super.
S.K.: Bardzo lubię pytać o to w rozmowach – ulubiony obecnie album, może jakieś odkrycie które zupełnie podbiło Twoje serce?
G.W.: Ja też bardzo lubię ten temat, bo dużo słucham na co dzień muzyki. Ten rok super się zapowiadał i wychodzi ciągle mnóstwo nowej muzyki, ale jakbym miał powiedzieć z tego roku, z ostatniego czasu, nawet z ostatnich paru miesięcy to płytka takiego gościa który nazywa się Joe Rainey, a album nazywa się Niineta. To jest wydawane przez wytwórnię Bon Ivera i też pierwsze dźwięki trochę mi się z nim skojarzyły i jest to takie strasznie dziwne, pokręcone, mroczne. To jest gość, on jest rdzennym Amerykaninem i wydał płytę z ludową, rdzenno-amerykańską muzyką, pieśniami i to jest wszystko tak dziwnie poprodukowane, są jakieś pocięte loopy, dziwne sample, syntezatory. Strasznie trudno opisać tę płytę słowami i nie ma tam ani jednej piosenki, wszystko jest kompozycjami. Nie ma tam żadnego konkretnego tekstu, tylko takie ludowe pieśni. Bardzo mi się to spodobało, że nie jest to płyta jakiej słuchasz kawałek po kawałku, to nie jest album jak Future Nostalgia Duy Lipy, że słuchasz po prostu hita po hiciorze, tylko ta płyta jest jedną, wielką, długą całością. Od pierwszego utworu do ostatniego ona Cię tak porywa, wsiąkasz w jakiś taki świat jaki ta płyta stwarza. Album jest bardzo spójny, fajnie płynie ale też to co w tym lubię to od jakiegoś czasu lubię muzykę, która jest pewną sztuką dyskomfortu, muzyka która jest celowo produkcyjnie psuta, aby wywoływać w Tobie większy niepokój czy dyskomfort, tak jak Lingua Ignota albo Daughters robią muzykę w tym stylu. I tak właśnie, jak słuchałem tej płyty po raz pierwszy to się jej bałem, ale taki był zamysł twórcy i o to chodzi i super było to zrobione. Bardzo mi się to podoba że tworząc zwykłą płytę, on jest w stanie zapanować nad Twoimi emocjami.
