Jakiś czas temu ukazał się nowy album Natalii Kukulskiej, będący kolejną odsłoną projektu MTV Unplugged. Natalia bez prądu? Tak, a w dodatku ze świetnymi aranżacjami i fantastyczną stroną wizualną.
W związku z wydawnictwem miałam okazję porozmawiać z artystką między innymi o tym jak powstawało i jakie wyzwania wiążą się z takim przedsięwzięciem. Nie zabrakło też wielu innych ciekawych tematów. Przeczytajcie zapis wywiadu!
AM: Bardzo serdecznie gratuluję płyty i koncertu. Wyszło naprawdę niesamowicie!
Bardzo dziękuję.
AM: Jak się przygotowuje setlistę do takiego akustycznego koncertu MTV? To chyba nie jest takie oczywiste.
Setlista, oprócz składu i instrumentarium była jednym z największych wyzwań. Hasło „Unplugged” nie oznacza dla mnie ograniczenia, a raczej pole dla wyobraźni. Można oczywiście użyć bardzo minimalnych i prostych środków, ale zawsze lubię trochę urozmaicać, spełniać muzyczne apetyty czy marzenia, choć czasem utrudnia to zadanie, które staje się wyzwaniem.
Spełnieniem marzenia było dla mnie to instrumentarium, które udało nam się zawrzeć. Jest dość nietypowe bo mamy nietypową sekcję dentą – klarnet basowy, waltornię i flet, ciekawą sekcję perkusyjną a w niej handpany i marimbę, oprócz oczywiście zestawu perkusyjnego i jeszcze szereg instrumentów podstawowych z gitarą i pianinem na czele. Niektóre brzmieni towarzyszyły min na scenie po raz pierwszy.
Jeśli chodzi o setlistę, też nie było łatwo, biorąc pod uwagę ilość solowych albumów, które mam na koncie. Były też pewne zasady formatu – zaproszeni goście i cover. Poproszono mnie też o to, aby było przekrojowo i żeby zawrzeć w setliście hity. Znalazły się tam więc piosenki z płyt Światło czy Puls, ale jest też sporo z późniejszych albumów, a nawet kilka zupełnie nowych, z jubileuszowej EPki wydanej w zeszłym roku.
Razem z Archie Shevsky’m, który tworzył aranże usiedliśmy i zastanawialiśmy się które z numerów powinny się znaleźć, na czym nam najbardziej zależy. Skupiłam się na treści, bo aranżacjami można przecież wyczarować wszystko a słowa są niezmienne i muszą one nadal dla mnie być prawdziwe.
AM: Fantastyczne jest to jak wspaniale udało Wam się połączyć te przecież niekiedy bardzo różne stylistycznie numery w całość.
Brzmienia są świetnym spoiwem. Muzyka potrafi być elastyczna – jestem bardzo otwarta na różne jej oblicza i rodzaje. Moją twórczość i kreatywność zawsze nakręcała ciekawość i chęć spróbowania i sprawdzenia się. Na pewno są gatunki, w których czułabym się nieswojo. Moja muzyka ewoluuje, ale jednak wszystko z siebie wynika. Czasami na zasadzie kontrastu, po stworzeniu jednej płyty mam ochotę na kolejnej dotknąć czegoś innego, świeżego. Na każdy album musi być jakiś pomysł, zajawka, twórczy apetyt.
AM: Czy miałaś jakieś wytyczne od strony ekipy MTV Unplugged dotyczące tego jak mogą wyglądać te aranżacje i co możesz zrobić, czy miałaś pełną dowolność?
Muszę przyznać szczerze, że w ogóle w to nie ingerowano. Miałam pełną decyzyjność jako producent. Wraz z Archie’m ustalaliśmy sobie wcześniej w jaką stronę mogłoby to pójść, ale zaufałam mu w pełni i jestem mu bardzo wdzięczna za jego pracę. Poza jedną aranżacją, którą stworzył mój mąż Michał Dąbrówka, wszystkie aranżacje są jego. Zdarzyło mi się czasem wtrącać i ukierunkowywać ale Archie ma wielkie wyczucie i muzykalność.
Myślę, że jeśli MTV zaprasza artystę do tego formatu, to ma do niego zaufanie. Muszę podkreślić tutaj, że współpraca z całą ekipą produkcyjną była naprawdę świetna. Wszyscy byli bardzo otwarci i opierali się na tym czego chce artysta. Są świetnymi fachowcami i złapaliśmy szybko wspólny język. Każdy dał z siebie wszystko i był mega kreatywny. Była to naprawdę ogromna przyjemność, a niestety nie zawsze tak jest.
AM: Archie wystąpił z Tobą również na scenie podczas tego koncertu.
Tak. Archie towarzyszy mi na scenie już od lat. Wiele nas łączy muzycznie i bardzo dobrze się wyczuwamy. Podobają nam się podobne rzeczy. Pracowaliśmy też nad ostatnią EPką, są to nasze wspólne kompozycje i moje teksty. Wcześniej Archie miksował też płytę „Halo Tu Ziemia”. Moje zaufanie do jego kompetencji wzrastało wraz z kolejnymi projektami, więc nie zawahałam się prosząc go o pomoc przy tym projekcie. Oczywiście wystąpił też ze mną na scenie grając na pianinie, wurlitzerze i śpiewając. W duecie wykonaliśmy utwór „Pół na pół”. Przez ostatnie lata wtóruje mi w dwugłosie na koncertach i jest w tym doskonały. Przy projekcie Unplugged udało nam się dołączyć do chórku jeszcze dwie wspaniałe wokalistki, Kasię Rosińską i Olę Nowak dzięki czemu mogliśmy jeszcze wzbogacić te harmonie wokalne.
AM: Samo instrumentarium tego przedsięwzięcia jest nieoczywiste i sporo poszerzone. Jak wpadłaś na to jakie chcesz instrumenty?
To była spora zagwostka. Wiedziałam od początku, że chcę żeby były handbany. Odkryłam je kilka lat temu słuchając płyty Manu Delago, perkusisty Bjork. Jest to jedna z ważniejszych dla mnie płyt. Mało jest osób, które grają na tym instrumencie. Zaprosiliśmy Michała Pękosza, który pojawił się już na moim albumie Czułe Struny.
Jest też marimba, której brzmienie uwielbiam a na której zagrał z nami mój syn Jaś Dąbrówka. Jest też oczywiście stały mój podstawowy skład czyli perkusja, gitara akustyczna – ze wspaniałym Arturem Boo Boo Twarowskim i małe przełamanie – Moog – pełniśący rolę basu a na ni Marcin Mały Górny…
AM: Czy jest jeszcze jakiś gatunek muzyczny, którego nie próbowałaś, a chciałabyś?
Chyba nie. Czasami sięgam po różne klimaty, które są trochę poza mainstreamem, jak swing… uwielbiam big bandowe granie. Śpiewałam też z wielokrotnie z orkiestrą symfoniczną zawsze jest ogromnym przeżyciem i wyzwaniem, ale też wielką radością i spełnieniem. W bardziej alternatywną stronę poszłam przy projektach elektro. Dawało mi to możliwość śpiewania innych treści, choć nie brakowało refleksji. Ostatnio nawet odnalazłam się w klimatach z pogranicza country – śpiewając z Kwiatem Jabłoni na ich zaproszenie. Piękna przygoda.
AM: Zastanawia mnie skąd Chopin. Poświęciłaś jego muzyce całą płytę Czułe Struny. Dlaczego akurat ten kompozytor?
W 2010 roku, gdy był rok Chopinowski zostałam zaproszona do koncertu jazzowego Nasz Chopin Współczesny i tam przekonałam się, że można śpiewać jego utwory fortepianowe, które teoretycznie nie są przeznaczone do śpiewania. To było moje wielkie odkrycie.
Wtedy pierwszy raz zaczęłam pracować nad tym, by przełożyć tematy w tych kompozycjach na język śpiewany. Powstały aranżacje i teksty wtedy jeszcze na kameralny skład. Bardzo mnie to urzekło i postanowiłam kiedyś do tego wrócić. Udało się i po dziesięciu latach mamy album „Czułe struny” z utworami Chopina przełożonymi na język symfoniczny, z dopisanymi tekstami. Najbardziej spektakularny projekt w moim życiu.
AM: Wspaniale! Wracając jeszcze do samej płyty Unplugged, kolejnym niesamowitym aspektem jest sama strona wizualna całego projektu.
Faktycznie bardzo się cieszę, że udało nam się tak ją zrealizować. Gdy tylko wchodzę w jakiś projekt, patrzę na niego całościowo. W MTV Unplugged stawia się na muzykę, na to by nie stosować sztuczek produkcyjnych, żeby wszystko było na żywo i kameralnie. Ale jednak mamy kamery, realizację telewizyjną więc ważna jest też oprawa, by była spójna z muzyką. Mieliśmy spotkanie twórcze i wyklarowała się nam koncepcja. Bardzo dużą rolę odegrała w tym Ola Andrychowicz, która stworzyła scenografię ale nie powstałaby ona bez naszego reżysera światła, Daniela Sipowicza. Pomysł to tak naprawdę gra świateł. Geometryczne figury tworzą cienie na jasnej przestrzeni. Jest sporo kolorów ale nie ma typowych estradowych świateł i patentów. Całość dopełniają dizajnerskie stroje stworzone przez Serafina Andrzejaka. Czuć klimat vintage. Jestem bardzo dumna z tego co powstało.
AM: Wygląda to absolutnie genialnie. Zastanawia mnie tylko czy nie miałaś troszkę mało miejsca na scenie?
Faktycznie mój syn pięciooktawową marimbą zajął połowę sceny. Ona sama w sobie nie jest duża, a było nas 12 osób. Udało nam się zaaranżować ją bardzo fajnie, również dzięki podestów na niektóre muzyczne sekcje. Scena Relax to świetne miejsce i bardzo dobrze wspominam energię, która tam panowała oraz gospodarzy.
W tym roku jesienią wrócimy do tego miejsca w Warszawie ale również odbędą się koncerty w innych miastach i pięknych salach. W Październiku gramy w szczecinie, W listopadzie w bielsko-białej i krakowie, a grudzień to choćby gdańsk, toruń i warszawa. Wyruszamy w trasę z tym projektem, tą samą scenografią i pełnym składem.
Nie mogę się doczekać spotkań z publicznością, bo ze względu na pandemie, ten rejestrowany w zeszłym roku koncert miał duże ograniczenia jeśli chodzi o ilość osób na widowni. Ale cieszę się, że udało się go dopiąć w tych trudnych okolicznościach, zwłaszcza, że czasu na przygotowanie nie mieliśmy dużo…
AM: Półtora miesiąca to naprawdę mało czasu.
Tak. Było naprawdę intensywnie. Koncert odbył się 21. grudnia, a grudzień zawsze jest intensywny zawodowo. Czasem spotykaliśmy się z Archie’m w studio, czasem pracowaliśmy zdalnie. Przed samym koncertem miałam wręcz maraton koncertowy, potem tuż przed intensywne 3 dni prób, więc byłam zmęczona i wyczerpana i dzień przed koncertem bałam się co będzie, ale na szczęście odzyskałam formę. Adrenalina robi swoje. Czułam, że ten koncert to wielkie święto dla mnie.
AM: Jak sobie radzisz gdy masz gorszy dzień, a trzeba zagrać koncert?
Odpuszczam myślenie, że sobie nie poradzę. Kiedyś wpadałam w lekką panikę z tego powodu, ale wierzę w siłę pozytywnego myślenia i adrenaliny, którą wyzwala granie na żywo.
AM: W trakcie tego koncertu masz ze sobą na scenie też kilku gości. Jest oczywiście Archie, jest Natalia Szroeder i Igor Herbut. Jak zdecydowałaś kogo zaprosić?
Jeśli chodzi o Archie’go to właściwie nie był wybór, było to zupełnie naturalne, bo śpiewamy ten kawałek od lat i nie mogło być inaczej na tym koncercie. Jeśli chodzi o pozostałych gości, absolutnie nie są to przypadkowe osoby.
Natalię Szroeder obserwuję również dzięki temu, że Archie z nią współpracuje. Jest absolutnie zjawiskowa. Podoba mi się to co teraz robi, jest wysmakowane muzycznie i estetycznie. Znakomicie śpiewa no i ma świetne imię! (Śmiech )
Poznałyśmy się wcześniej, przyjęła moje zaproszenie. Piosenka, którą wykonujemy, „Kobieta”, w wersji albumowej jest znacznie bardziej intensywna, mocno elektroniczna a jest bardziej balladą. Jest w niej trochę zmysłowości i autoironii w temacie kobiecej natury. Teraz dzięki naszemu duetowi ma podwójną siłę.
Z Igorem znam się dłużej i lepiej. Wielokrotnie się spotykaliśmy koncertowo. Jest ogromnie wrażliwym i elastycznym artystą i ma swoją mocną tożsamość artystyczną. Nadaje utworom swój rys. Uwielbiam.
AM: Genialne jest to, że to faktycznie są ludzie, z którymi chciałaś pracować, a nie ktoś przypadkowy, bądź narzucony.
Wiem, że wymaganiem jest też żeby na set liście znalazł się cover. Dlaczego wybrałaś akurat numer Bajmu?
Chciałam, żeby to był polski utwór bo na cały koncert wybrałam piosenki po polsku ze swojego repertuaru. Całość liryczna koncertu ułożyła się idealnie. Jest trochę jak katharsis, ma swoją myśl przewodnią. Przechodzę w nim przez trudne tematy i refleksje, ale dochodzimy w końcu do światła i nadziei.
Chciałam sięgnąć po coś nieoczywistego, co nie byłoby tak do końca na poważnie, co miałoby trochę pazura i dowcipu. Mało jest takich piosenek, ale przypomniałam sobie o „Nie Ma Wody Na Pustyni” Bajmu. Zawsze ją lubiłam w dzieciństwie. Ma w sobie coś odrobinę punkowego szaleństwa. Miałam okazję kiedyś śpiewać ten utwór w wersji symfonicznej i niektóre elementy z tamtej aranżacji wykorzystaliśmy teraz. Mogliśmy się tym pobawić i mieliśmy mnóstwo frajdy.
AM: Uwielbiam to co mówisz o przesłaniu tego koncertu i singiel Decymy idealnie się w nie wpisuje, chociaż muszę przyznać, że jeszcze przed przesłuchaniem byłam dość zaskoczona wyborem takich starszych numerów do promocji.
Wydaje mi się, że siła takich koncertów polega też na tym, że dają nowe życie starszym utworom. Piosenka „W Biegu” kończy w tym roku 25 lat, a w tej odsłonie gitarowej brzmi jak zupełnie nowa. Niektóre piosenki przy tej okazji odkryłam zupełnie na nowo. Mam nadzieję, że słuchacze również.
AM: Niedawno świętowałaś 25 lecie artystyczne. Serdecznie gratuluję! Zastanawia mnie czy identyfikujesz się jeszcze z tymi bardzo wczesnymi utworami.
Dziękuję! Wiele utworów nie zdezaktualizowało dla mnie. Wiele z nich nadal śpiewam, może teraz w trochę innym kontekście, ale jestem czasem wręcz zaskoczona jakie fajne rzeczy kiedyś zrobiliśmy. Są też takie, z którymi mam zgrzyt i nie chcę do nich wracać. Jest bardzo różnie, ale zawsze na tamten moment były moją prawdziwą i najlepszą odsłoną. Zawsze daję z siebie sto procent.
AM: Bardzo serdecznie dziękuję za rozmowę!
Ja również!

