Site icon All About Music

„Absolutnie cieszę się, że Nadwiślański mrok jest tym, który wychodzi jako pierwszy, bo to jest teraz moja muzyczna wizytówka.” Wywiad z Michałem Szpakiem

24 listopada Michał Szpak wydał swój trzeci album studyjny Nadwiślański mrok. Z tej okazji wyruszył on w trasę koncertową Love is love promującą najnowszy materiał wokalisty. Po pierwszym klubowym koncercie Michała Szpaka w Krakowie z 27 listopada miałam przyjemność porozmawiać z piosenkarzem o jego odczuciach po wykonanym show, a także o samym wydawnictwie Nadwiślański mrok.

Julia Maciąg: Jesteśmy już po Twoim pierwszym koncercie. Przyznam, że to było bardzo fenomenalne show. Spodziewałeś się, że to będzie tak wyglądało czy miałeś inną wizję?

Michał Szpak: Już widziałem ten koncert wcześniej oczami wyobraźni. Długo się do tego przygotowywałem. Ten koncert powstawał na kilka etapów. W trakcie ostatniego roku ewoluował z letniej, plenerowej trasy JowiszJa tour do klubowej Love is love. To ten sam materiał, ale znacznie zmieniliśmy jego charakter. Zmieniliśmy założenia wizualne, scenograficzne i co najważniejsze — aranże, tak, to była zupełnie nowa odsłona aranżacyjna niektórych utworów. Sam fakt, że zdecydowałem się na trasę klubową, był dla mnie niezwykle stresujący, bo ja nigdy do tej pory w klubach nie grałem.

JM: No właśnie, bo ty miałeś koncerty w filharmoniach, grałeś w teatrach, nawet na jakichś dniach miasta, więc to jest duży przeskok. Uważasz, że ta trasa może być w Twoim odczuciu fajniejsza?

MS: To jest pierwszy koncert, więc wiadomo, że to jest taka próba i moment dopiero pierwszy przyjrzenia się temu jak to wygląda i jak się w tym czujemy. Uważam, że jest to całkiem niezłe show.

JM: Tytuł albumu to Nadwiślański mrok. Jak sama nazwa wskazuje to mroczny album. Czy uważasz, że jesteś cały czas taki mroczny, czy jednak drzemie w Tobie jeszcze ten kolorowy ptak?

MS: Zamykając ten album, prawdopodobnie zamknąłem już epokę mroku tak naprawdę. Teraz czas na kolejny etap. Tworząc tę płytę, jednocześnie tworzyłem drugi materiał, który będzie miał za jakiś czas swoją premierę. Tak jak z tym materiałem będę czekał do momentu kiedy będę na to gotowy, żeby go wydać. Absolutnie cieszę się, że Nadwiślański mrok jest tym, który wychodzi jako pierwszy, bo to jest teraz moja muzyczna wizytówka.

JM: A skąd ten mrok? Myślałeś nad tym, aby dać coś weselszego do tego albumu?

MS: To zależy, jak podejdziemy do tematu i co dla kogo jest tak naprawdę mroczne. Mrok jest oczywiście w tytule, to jakiś wspólny mianownik, ale sam album jest po prostu gęsty muzycznie i opowiada o mrocznych doświadczeniach. Dodatkowo jest ryzykowny, bo porównując z tym, co się dzieje na rynku, widzę go jako materiał bardzo awangardowy. Nie zamykam piosenek w formach dwu- czy trzyminutowych, tylko raczej są to formy długie, nawiązujące do tego, jak kiedyś tworzono muzę, kiedy to muzyka była główną bohaterką i była ważna. Zależało mi na tym, żeby słuchacz miał fantastyczne doznania muzyczne i żeby ta podróż nie zamykała się w momencie, w którym się myśli, że jest to już ten właśnie moment — przecież ja uwielbiam zaskakiwać.

JM: Sam mówiłeś, że to jest trasa Love is love. Teraz nawiązując do tego koncertu powiedziałeś, że Nadwiślański mrok nie jest taki mroczny jak mogło się wydawać. Czy to ta trasa faktycznie tak sprawiła?

MS: Wydaje mi się, że jest to trasa taneczno-rozrywkowa i pełna, że tak powiem, powodów do emanowania albo uwalniania swoich emocji. Po prostu.  

JM: Dla mnie największymi zaskoczeniami na tym koncercie była obecność, to w sumie można się spodziewać po nazwie trasy, piosenek Halo Wodospad i 24na7, których na tym albumie nie ma i chciałam wiedzieć dlaczego?

MS: Dlatego, że to nie są utwory, które są z tego materiału. To są utwory właśnie z materiału, który dopiero nadejdzie.

JM: O to dobrze się zapowiada. A Nadwiślański mrok charakteryzuje się dwoma intrami. Skąd w ogóle pomysł, żeby taki manewr zrobić?

MS: Chciałem wprowadzić słuchaczy w jakiś rodzaj transu i stworzyć album, który jest konceptualny i ma jakąś opowieść i raczej go trzeba przesłuchać od początku do końca, aby go poczuć, przeżyć, zrozumieć.

JM: To prawda. Ja nie potrafię słuchać go na odtwarzaniu losowym. Zazwyczaj tak robię, ale ten album to jest wyjątek, tak szczerze mówiąc. A nie pomyślałeś może o tym, aby zacząć ten album od Hioba? To jest Twój pierwszy taki utwór, który stworzyłeś i skomponowałeś sam, a sam początek zaczynają się słowami „to jest moja historia…

MS: „Hiob” podsumuje właśnie to wszystko. Słuchacz, który przejdzie przez całą płytę na końcu usłyszy, że to jest moja historia, będzie dokładnie wiedział, jak ona wyglądała.

JM: Wielokrotnie wspominasz w piosence Smutek (a może mniej), żeby ktoś Ci dał nic. Dlaczego prosisz akurat o nic? To też jest bardzo dobijający, sensualny i wzruszający utwór i ta metafora mnie najbardziej zastanawia.

MS: To jest rozmowa duszy z ego i dusza mówi do ego „daj mi nic, bo nie chcę nic”. To jest sens miłości: nie musimy nic dostawać, niczego się domagać, i bez tego czujemy się kochani, gdy trafimy na tę odpowiednią osobę.

JM: Właśnie ta piosenka ma ten dopisek (a może mniej) i jest na albumie jeszcze wersja po prostu Smutek. Skąd pomysł, aby to (a może mniej) znalazło się w tytule?

MS: „Smutek” pierwotny jest po prostu oryginalnym zapisem z konkretnego dnia, kiedy została zapisana ta ścieżka dźwiękowa. Ona już nigdy później nie była powtórzona. To jest oryginalny zapis linii melodycznej, która urodziła się tam i wtedy, w okolicznościach, o których tam [w piosence] wspominam. A „Smutek (a może mniej)” to jest ostatni zamykający utwór dla mnie. Słowa do tego utworu zostały napisane półtora miesiąca temu. Ta decyzja o tym, że „Smutek” nabędzie słowa i będzie on w języku polskim była podjęta na ostatniej prostej.

JM: Jak ja słuchałam oryginalnego Smutku, to miałam wrażenie, że jest to język angielski pomieszany z językiem Simsów.

MS: Trochę tak. To jest język „anielski” po prostu.

JM: Ale ma on swój taki klimat, bo jest niecodzienne w polskiej muzyce, żeby taki utwór w ogóle się pojawił.

MS: Nie chciałem tego stracić, tej „anielskiej” oryginalności. Wiedziałem, że musi to się pojawić na płycie. Stwierdziłem też, że chciałbym, aby ten utwór zyskał słowa i długo tych słów szukałem. W końcu udało mi się z moją art directorką Martyną usiąść i napisaliśmy tekst do tego. Uważamy, że te dwie wersje pięknie się uzupełniają, bo stały się opowieścią, widzialną ewolucją tego utworu.

JM: Na albumie znajduje się Intro II i Cleopatra, które słów nie mają. Można powiedzieć, że są takimi przerywnikami na albumie. Cleopatra bardzo fajnie wprowadza do Warszawianki. Naprawdę to przejście mi się bardzo podobało.

MS: Jeśli dobrze wsłuchać się w album, to „Cleopatra” jest tak naprawdę częścią „Bondage”. Jeden utwór wychodził z drugiego, i jakby „Bondage” jest kontynuacją „Cleopatry”. Jednakże to właśnie do tej „kontynuacji” powstałą konkretna linia melodyczna i słowa, które napisała Kasia Stankiewicz i udało się to zamknąć po prostu w formie utworu, a nie kontynuacji takiej, którą miałaby na przykład muzyka filmowa.

JM: Nawiązując jeszcze do „Warszawianki”, to ten utwór bardzo odnosi się do takiego warszawskiego życia, którego niektórzy, którzy, chociaż nie mieszkają tam, nie doświadczyli. Bardzo się otwierasz na sprawy wszelakich używek czy imprez. Też pada nawiązanie do Niemena, który ukształtował jakby Twoją karierę. Czy wypuszczając ten utwór, uważasz, że Warszawa była czymś złym?

MS: Ja właśnie obalam mit złej Warszawy w tej piosence.

JM: Tak? Bo ja interpretowałam to tak, jakby miała ten negatywny wydźwięk.

MS: Nie, zupełnie nie. Cytując „pod stopami drży złej syreny mit”, warszawska syrena ma złą opinię w całej Polsce, bo inne miasta w Polsce często jej nie lubią, niestety bywa, że posługujemy się stereotypami o Warszawie pozerskiej, pędzącej czy zarozumiałej. Ja uważam, odnajdując sobie własną, przewspaniałą enklawę w tym mieście, że jest to miejsce, które jako jedyne pozwala na rozwój na wielu płaszczyznach i jest bramą do sięgnięcia czegoś, co jest jeszcze dalej niż Polska. Warszawa to port na świat nie tylko dla artystów.

JM: Wypuściłeś niedawno jako singiel We Need a Coco. Uważam, że jest to Twój najodważniejszy singiel. Można tak powiedzieć, że improwizujesz tam, zwłaszcza na końcu jak przywołujesz te narkotyki. To jest takie uczucie, jakby się było w tym transie.

MS: Dbałem o to, żeby ta płyta cała tak brzmiała, żeby wprowadzała w trans. Ja też się cieszę bardzo, że podjąłem tę decyzję, żeby to był przedostatni przed premierą płyty singiel, bo bardzo jestem związany z tym numerem. Bardzo lubię go słuchać i uważam, że jest to bardzo budująca kompozycja.

JM: A czy na albumie jest według Ciebie taki utwór, który ten cały mrok przegania i dodaje tej iskierki nadziei, że mrok odejdzie?

MS: Myślę, że to jest Gaja.

JM: Możesz coś więcej opowiedzieć o tym singlu?

MS: „Gaja” ma dwie wersje na tym albumie. „Gaja genesis” jest tą pierwotną, która powstała najpierw, a potem i „Gaja” która jest singlem znanym dla wszystkich. Powstał on kiedy przygotowując się do trasy próbowaliśmy przełożyć ten utwór na scenę tak, aby miał ten sam vibe co na płycie, ale na żywo ciągle odbiegaliśmy od oryginalnego, wyprodukowanego efektu, a jako że jesteśmy turbo ambitni to wraz z zespołem zaangażowaliśmy ten utwór na nowo, specjalnie na koncerty, żeby niósł. I niesie! To jest utwór, który pozwala na bardzo duży oddech i poczucie takiej wolności, z którą ja jestem mocno związany i którą ja kocham propagować. Jest też utworem dedykowanym mojej bratanicy Gai, bo on powstawał w tym samym czasie, kiedy ona przyszła na świat. Jest to niezwykle ważny utwór dla mnie, bo w jakiś sposób zaczyna gatunek muzyczny [„Gaja” singiel], do którego będę dążył, i który będę kontynuował.

JM: Jeszcze masz piosenkę JowiszJa. Oczywiście nie mogłam tego pominąć, zważywszy na to, że ten tekst napisała Kasia Lins. Jak się z nią współpracowało?

MS: Kasia jest wspaniała. Była to niezwykle miła, bardzo produktywna i szybka współpraca. Kasia jest naprawdę genialną nie tylko artystką, ale też tekściarką.

JM: Uważam, że ona odtworzyła idealnie Twoje alter ego Jowiszji w tej piosence.

MS: Usłyszała to po prostu. Usłyszała mnie.

JM: Tak. Normalnie jakby usłyszała wszystkie Twoje myśli i to jest fascynujące. 

MS: Wiadomo, że my się komunikowaliśmy. Ale absolutnie poczuła to i cieszę się bardzo, że to ona napisała ten tekst i udało nam się „zmatchować”. To jest naprawdę wspaniałe.

JM: Wspominałeś kiedyś, że jesteś taki typem samotnika i lubisz samotność. Co powiedziałbyś osobom, które nagle zaczęły nimi być i nie mogą pogodzić się ze swoim losem? 

MS: Ja myślę, że samotność jest takim uczuciem, z którym trzeba trochę poprzebywać, żeby zobaczyć, co wszechświat ma nam do powiedzenia. Każda samotność jest taką sytuacją, w której zaczyna się jakaś transformacja. Nie można się jej bać na pewno i musimy ją zaakceptować, bo to wcale nie jest złe uczucie. Jest ona niezwykle produktywna i pozwalająca na zdobycie kolejnego levelu w swoim życiu albo na odkrycie jakichś ukrytych wewnątrz nas (jeśli dobrze usłyszymy samych siebie) talentów, możliwości i nowych perspektyw. 

JM: Tak na koniec spytam nawiązując do tego, że kiedyś chciałbyś zrobić większą trasę po tej i czy ona nastąpi już w 2024 czy musimy jeszcze chwilę poczekać? 

MS: Czas pokaże. Na razie ruszyłem w trasę Love is love. Bardzo chciałem, żeby to była trasa klubowa, bo nigdy w klubach nie grałem. A takie poczucie intymności jest niezwykłym wyzwaniem, ale też po dzisiejszym koncercie czuję, że to było coś niezwykłego dla mnie, bo nie miałem do tej pory doświadczenia koncertowania w takich przestrzeniach, a jak się okazuje jest to coś, co dało mi dużo radości, a kontakt z widownią jest bardzo intymny i dwa razy bliższy niż na plenerach. To jednocześnie bardzo tremujące, ale też inspirujące i mobilizujące.

JM: Mam nadzieję, że będzie więcej klubowych tras i dziękuję za rozmowę.

MS: Dziękuję bardzo.

Exit mobile version