Site icon All About Music

„Marzenia mnie motywują i pchają do przodu, ale koncentruję się głównie na tym co jest tu i teraz”. Wywiad z Lanberry

photo: P. Tarasewicz / Universal Music Polska

Zadebiutowała w 2015 roku jako solowa artystka z singlem „Podpalimy Świat”. Chwilę wcześniej wzięła udział w „The Voice Of Poland” i podpisała kontrakt z jedną z największych wytwórni w Polsce. Minęły dwa lata, a ona na swoim koncie ma kilka hitów: m.in. „Piątek” i „Ostatni Most”. Lada moment do sprzedaży trafi drugi studyjny album Lanberry – „MiXtura”, o którym miałem przyjemność porozmawiać z Małgosią.

Paweł: Jako solowa artystka nagrywasz od 2015 roku, kiedy wydałaś singiel „Podpalimy Świat”. Pierwszy singiel, pierwszy album i sukcesy. Za kilka godzin w ręce fanów trafi „miXtura”. Jak opisałabyś nadchodzący materiał? Znacznie różni się od tego, co zaserwowałaś fanom na imiennym kariery?

Lanberry: Wydaje mi się, że się różni, bo trochę czasu upłynęło od 2015 roku, kiedy prezentowałam swój pierwszy solowy singiel. Zawsze podkreślam, że to co się wydarzyło przed SOLOWYM debiutem, bardzo mnie ukształtowało. Cały czas ćwiczę swój warsztat songwriterski i wydaje mi się, że dużo się u mnie pozmieniało. Być może przyszła świadomość, której bardzo chciałam i szukałam. Od wydania poprzedniej płyty, miałam okazję spotykać fantastycznych ludzi – kompozytorów z całej Europy: moich ukochanych Szwedów, którymi się bardzo inspiruję, Anglików, którzy naprawdę zamieszali na nadchodzącym albumie. Przez dwa lata to była ciężka, ale też bardzo przyjemna praca. „miXtura” to moja wizja popu. To nie jest album koncepcyjny, to album bardzo eklektyczny. Każda piosenka opowiada inną historię i chciałam, żeby każdy utwór był odrębnym bytem, opowiadał odrębną opowieść – jeśli chodzi o dźwięki i słowa. Pobawiłam się też trochę moim wokalem. Mam nadzieję, że jest to taka płyta, którą możesz sobie włączyć na imprezie i dobrze się bawić, ale też posłuchać jej na spokojnie w samochodzie. Jest również pozytywna i energetyczna. Część utworów powstała na campach, część na totalnym spontanie. Trochę nawiązuje do mojego pseudonimu – „Lan” od language, bo zawsze powtarzam, że kocham języki obce, a 8 utworów jest nagranych w innym języku. Pokazałam więc też na tej płycie swoją zajawkę językową.

Paweł: „MiXtura” jest eklektyczna. Słuchałem jej przedpremierowo i zauważyłem, że do tego popu wrzucasz trochę elementów z innych gatunków muzycznych. Myślisz, że fani są gotowi usłyszeć odmienioną Lanberry?

Lanberry: Nie wiem czy do końca odmienioną, bo ja zawsze mówię, że działam w obrębie popu. Rzeczywiście jednak moja perspektywa się zmieniła. Na tym mi zależy, żeby się zmieniać i inspirować. Myślę, że pokazałam coś nowego i bardzo mi na tym zależało. Mam tak dużo inspiracji, że ciężko byłoby mi stworzyć koncepcyjny album. Jest we mnie coś takiego, że sama uwielbiam płyty, które mnie zaskakują i mam nadzieję, że „miXtura” też będzie zaskoczeniem. Taki jest mój cel.

Paweł: Powiedziałaś, że przy „miXturze” się bawiłaś. Na debiucie byłaś mniej odważna. Teraz bawisz się wokalem, jest dużo efektów. Słyszę w tym nową Ciebie. Teraz nastąpiła eksplozja, bo mamy tutaj egzotyczne klimaty, pokazałaś trochę ostrego pazura w „Here We Go”.

Lanberry: To bardzo miłe, że tak to odbierasz. Rzeczywiście taki był mój zamysł. Chciałam pokazać koloryt mojego wokalu, żeby pokazać jego różne strony. Cały czas się otwieram na nowe doznania, wrażenia i chcę to robić. Chcę rozkoszować się drogą, którą idę, bo to wtedy ma dla mnie sens. Skupiam się na progresie i rozwoju. I można to nazwać eksplozją, bo dla mnie to jest naprawdę euforyczne doznanie, kiedy pracuje się z tak wspaniałymi ludźmi, którzy wyciągają ze mnie rzeczy, o których nie miałam pojęcia.

Paweł: Odeszłaś trochę od Piotra Siejki, który wyprodukował Twoją pierwszą płytę. Zauważyłem, że jest na płycie dużo zagranicznych producentów. Czy to zasługa campów?

Lanberry: Obozy pracy twórczej, to dla mnie coś wyjątkowego. Mogę się tam spełniać, podobnie jak na scenie. Spotykamy się zazwyczaj w hotelu albo w kompleksie studiów nagraniowych. PRACUJEMY przez parę dni, każdego dnia mamy team 2-3 osoby, gdzie pracujemy przez cały dzień i na koniec dnia powstają piosenki. To dość szybki proces, ale jeżeli trafisz na dobrych ludzi i jest między wami chemia, to dzieje się magia – nawet w tym pokoju hotelowym. Ale nie zawsze jest idealne. Miałam sytuację, że zupełnie nie złapaliśmy synchronu. W większości przypadków takie campy kończą się mega pozytywnie i wychodzę z nich bogatsza o kolejne doświadczenia.

Paweł: A Jakuba Moreau, który śpiewa w „High On „Us, też poznałaś na campie?

Lanberry: Jakub to ciekawa historia. Ale niech będzie to na razie zagadka.

Paweł: Właśnie, bo szukałem informacji na jego temat i nic nie mogłem znaleźć.

Lanberry: Tak, tak, tak. To jest ciekawa historia. Tutaj wielkie ukłony w stronę mojego menadżera. Poznał tego chłopaka przez jakiegoś znajomego. Skojarzył od razu fakt, że może połączenie Lanberry – Jakub, w piosence zrobionej przez mój zespół, może być dobre. Jego intuicja sprawdziła się w 100%. Naprawdę świetnie nam się pracowało, to był spontan. Nie spodziewałam się tego, bo zamykaliśmy
album, a tutaj taka niespodzianka na sam koniec. Bardzo się cieszę, że mogłam dopisać kolejne doświadczenie do tej płyty.

Paweł: Masz kogoś w planach, z kim chciałabyś nagrać duet czy na razie nie wybiegasz w przyszłość?

Lanberry: Na razie staram się nie wybiegać, bo życie pokazuje mi, że przypadki są cudowne. Raczej otwieram się na to, co może przynieść kolejny dzień niż mieć wygórowane oczekiwania. Marzenia są potrzebne i mam ich sporo, ale to co innego. Marzenia mnie motywują i pchają do przodu, ale koncentruję się głównie na tym co jest tu i teraz. Cieszę się, że już za chwilę będę mogła pokazać całemu światu nad czym pracowałam.

Paweł: Całemu światu. Dobrze powiedziałaś. Tymi zagranicznymi piosenkami na „miXturze” – chcesz trochę podbić Europę i wyjść poza granice naszego kraju?

Lanberry: Aspiracji nie mam, ale rzeczywiście, to co zrobiliśmy przed wydaniem albumu, czyli wypuszczenie dwóch singli – „Heart Of Gasoline” i „Nie Ma Mnie”, może na to wskazywać. Anglojęzyczny utwór przeznaczamy na eksport, próbujemy dotrzeć do odbiorców zagranicznych. Będzie można go znaleźć w różnych serwisach cyfrowych. Jeżeli chodzi o „Nie Ma Mnie”, to był strzał do polskiej publiczności. Były takie głosy, że ludzie oczekują ode mnie polskich piosenek. To nie do końca było takie oczywiste w moim życiu, że będę śpiewać po polsku.

Paweł: Właśnie Ty najpierw piszesz po angielsku, a później tłumaczysz, tworzysz ich polskie odpowiedniki.

Lanberry: Staram się opowiedzieć tę historię na nowo, ale trzymając się oryginalnych podziałów, które tworzyłam po angielsku. Zachowuje ten rytm, który się układa po angielsku. To ma fajny kolor. Tak to czuję i taka jest moja strategia. Ale nie zamykam się. Ostatnio jak robiłam serial „10H”, którego idea polegała na spotkaniu się w studiu, gdzie był jeszcze Bartek z Rebeki, zrobiliśmy właśnie taki camp, bo
chcieliśmy pokazać jak ten proces wygląda. Wtedy po raz pierwszy pojechałam z polskimi notatkami. Powiem Ci, że też było fajnie. Podeszłam do tego z innej strony i fajnie mi się pracowało.

Paweł: No tak, ale jesteś też po studiach lingwistycznych. Mówisz biegle po angielsku. Jakbyś miała się bardziej określić – w którym języku kanał pomiędzy Tobą a słuchaczami jest lepszy?

Lanberry: Oceniając po koncertach dla mnie bezcenne jest, kiedy stoję na scenie i śpiewam razem z fanami moje piosenki. To jest coś, czego nie potrafię opisać słowami.

Paweł: Każdy artysta o tym marzy…

Lanberry: Tak, to jest coś wspaniałego. Ale wydaje mi się, że przez to, że śpiewam po polsku, to kanał ten jest dość szeroki. Znacznie łatwiej jest mi dotrzeć do fanów. Podoba mi się to połączenie z publicznością. Natomiast bardzo jestem ciekawa reakcji ludzi na koncertach z tymi piosenkami po angielsku.

Paweł: Może uda się, że niedługo za granicą też będziesz dawała koncerty?

Lanberry: Nieśmiało o tym marzę. Byłoby fantastycznie i jak najbardziej jestem otwarta na takie możliwości.

Paweł: Mówiłaś na samym początku, że podszkoliłaś swój warsztat songwriterski. Piszesz dla siebie. Myślisz, że twój materiał przez to jest bardziej autentyczny? Wiesz, piszesz o własnych odczuciach. Piszesz też dla innych artystów, np. Honoraty Skarbek. Trudniej jest napisać tekst dla siebie i opowiadać o swoich emocjach czy może trudniej dla innego artysty, żeby złapać tę chemię. Przecież
każdy ma inną wrażliwość artystyczną.

Lanberry: No pewnie! Ważne jest to, żeby w momencie kiedy piszę dla innych, porozmawiać z tą osobą. Czasami ten drugi artysta bierze czynny udział w całym procesie, więc współtworzymy ten numer.
Zdarza się tak, że nie mam kontaktu z osobą dla której tworzę. Wtedy jest mniej komfortowa sytuacja, bo muszę się domyślić pewnych rzeczy albo poruszyć uniwersalny temat, który mnie też czasami dotyka albo sprawia, że chce o tym pisać. To są ciężkie rozkminy, ale przyjemne i stymulujące a przede wszystkim sprawiające, że chcę coraz więcej pisać. Natomiast jeśli chodzi o moje rzeczy i
obserwację, to ciągle jest to samo. To są ciągle moje uczucia, moje emocje, moje przetrawione sprawy z przeszłości i teraźniejszości. To też moje obserwacje i słuchanie ludzi. „Nie ma mnie” to przykład mojego słuchania kogoś, czyichś opowieści. Opowieści, która mnie na tyle poruszyła, że byłam w stanie sobie to wyobrazić na maksa.

Paweł: A łatwo Ci się uzewnętrzniać na materiale wiedząc, że będą słuchać Cię tysiące a nawet miliony ludzi?

Lanberry: To nie do końca jest tak, że słowo w słowo musi to być opowieść z naszego życia. Bawią mnie hip-hopowe piosenki i kiedy ludzie myślą, że jest to 100% prawdy, że to się dzieje. A tak naprawdę to często są fantazje na jakiś temat – każdy songwriter Ci to powie. U mnie teksty spowodowane są zazwyczaj bezpośrednimi wydarzeniami, ale często też są po prostu zbiorem luźnych inspiracji. Zupełnie mnie to nie krępuje, ale czasami bliscy pytają: „Gosiu czy wszystko u Ciebie dobrze?”, „Czy wszystko okej?” i ja wtedy odpowiadam, że „tak”, bo nie ma to bezpośredniego przełożenia na to jak żyje. Jestem szczęśliwa, że mogę robić, to co robię w życiu i jest to stan nie do opisania.

Paweł: Chciałem zapytać jeszcze o Twój proces twórczy. Dużo opowiadałaś o campie. The Dumplings ostatnio w wywiadzie wyznali, że u nich tworzenie materiału poprzedza pot, krew i łzy. Jak jest u Ciebie? Bo teraz miałaś kontakt z dużą ilością producentów i kompozytorów. Mieliście starcia charakterówczy dochodziliście do porozumienia?

Lanberry: Zdecydowanie less drama. U mnie to się koncentruje na czymś pozytywnym. Wydaje mi się, że jak przychodzę do studia i zaczynamy pracę, to staramy się na maksa siebie zrozumieć, pokazać swoje umiejętności. Ja zazwyczaj jestem odpowiedzialna za melodie główną w piosence i tekst. Pokazujemy zajawki i swoje inspiracje, a później przechodzimy do burzy mózgów, która zazwyczaj jest bardzo pozytywna. Tylko raz mi się zdarzyło, że nie zrozumiałam się z jedną dziewczyną, która nie do końca załapała temat, który chciałam podjąć. Był to skomplikowany temat, piosenka powstała, ale na razie z niej zrezygnowałam. Zazwyczaj ta energia przepływa totalnie przez wszystkie osoby i każdy wkłada
sporo od siebie. Nie wiem może inaczej jest z The Dumplings.

Paweł: Oni ciągle we dwójkę, są hermetyczni.

Lanberry: Tak, właśnie bardzo hermetyczni. Chociaż powiem Ci, że ja stworzyłam na tę płytę dwa utwory z moimi chłopakami z zespołu. Cudowna pogoda za oknem, mieliśmy kilka pomysłów w głowie i stwierdziliśmy, że zrobimy jakiś kawałek. I tak właśnie, totalnie bez żadnej napinki powstał utwór „Nie ma mnie”. Nie lubię negatywnych emocji podczas tworzenia. Jest ważne, żeby unosić się razem z muzyką i żeby to było pozytywne, bo z negatywnej energii mało wynika.

Paweł: Tak, bo często słychać później na materiale, że są zgrzyty. Swoją drogą, słuchając Twojej płyty, zauważyłem, że jest ona bardzo optymistyczna.

Lanberry: To bardzo ciekawe co powiedziałeś. Moja siostra, po przesłuchaniu płyty powiedziała: „wow! nie ma ani jednej smutnej piosenki”. Nie ma dramatu, tak jak być może było na debiutanckim albumie. Tutaj także ona nie wyczuwa „negatywnego zrycia”.

Paweł: I na koniec Eurowizja. Fani i słuchacze, widzą Cię w tym konkursie. Po wydaniu utworu i teledysku do „Heart Of Gasoline” praktycznie co drugi komentarz brzmiał mniej więcej tak: „Eurowizja nasza”. Masz chęć ponownie wystartować w preselekcjach?

Lanberry: Powiem Ci szczerze, że nie mam parcia na Eurowizję. Nie mówię „nie” i nie zarzekam się, że nie wystąpię. W ogóle to bardzo miłe, że słuchacze mają takie typowania. Moja koncentracja jest teraz gdzie indziej. Chciałabym jak najwięcej koncertować, dzielić się nową muzyką, bo na żywo ten materiał ma jeszcze inny wymiar. Robimy z zespołem takie aranże koncertowe, że nasze piosenki poszerzają swoje spektrum. W ogóle jeśli chodzi o koncerty, na maksa inspirują nas koncerty Zary Larsson, Sigrid, Tove Lo.

Paweł: Tak jak powiedziałaś o Sigrid od razu skojarzyłem sobie ją z Tobą. Pojawiła się znikąd, nagle eksplodowała i kariera nabrała znacznego tempa.

Lanbeery: Bardzo mi miło. Ja ją w ogóle uwielbiam.

Paweł: Obie jesteście żywiołowe i pozytywnie nastawione, co przekłada się na materiał.

Lanberry: Ja widzę też w Niej, to co czuje w sobie – miłość do muzyki. Zarówno ją, jak i mnie miłość prowadzi po tej drodze. To jest nasz priorytet. Nic innego, po prostu muzyka.

Paweł: Czyli na wiosnę możemy spodziewać się trasy koncertowej?

Lanberry: Wydaje mi się, że intensywne koncerty będą w sezonie wiosenno-letnim. Będziemy na bieżąco informować za pośrednictwem social media o koncertach klubowych. Zapraszam na pewno w Sylwestra do Rzeszowa, bo tam będzie pełnowymiarowy koncert, co uwielbiam.

Exit mobile version