Site icon All About Music

„Najmniej co mogę zrobić to wyjść z tęczową flagą i okazać solidarność z ludźmi, którzy nagle stali się kozłem ofiarnym dla władzy” Wywiad z Krzysztofem Zalewskim

fot. Katarzyna Mieszawska

Krzysztof Zalewski, muzyk, piosenkarz, multiinstrumentalista. 18 września ukazał się jego trzeci album, Zabawa, który okazał się niemałym zaskoczeniem dla wielu. Artysta ogłosił też trasę koncertową promującą płytę, na którą bilety znikają w mgnieniu oka.

k-mag

Przed premierą płyty Krzysztof Zalewski znalazł chwilę, aby odpowiedzieć na kilka pytań – o tym, jak powstawała Zabawa, skąd czerpie inspiracje i co obecnie gości w jego słuchawkach, a także co nieco w kwestii obecnych wydarzeń. Zapraszamy do lektury.

Daria Radomska: W jednym z Twoich utworów padają słowa „pora na oddech/wszystko jest dobrze”. Powiedz mi, czy w życiu codziennym jesteś optymistą?

Krzysztof Zalewski:  Staram się. Czasami dziewczyna zwraca uwagę, że za bardzo marudzę. Staram się część siebie, która jest skłonna do malkontenctwa jakoś wyciszać, odsuwać na bok, bo narzekanie niczemu nie służy. Nie mówię, że mi się nie zdarza, ale próbuję być optymistą. Myślę, że to zdecydowanie lepszy pomysł na życie.

DRNajnowszy album jest odejściem od standardowego, klasycznego rockowego grania. Pojawiają się różne eksperymenty, na przykład elektronika w singlowym  utworze Tylko Nocą. Jak uważasz, czy obecny słuchacz jest coraz bardziej wymagający?

KZ: Myślę, że wszyscy jesteśmy osłuchani z dużą ilością muzyki i taki sztywny podział na gatunki przestał już istnieć. Już dawno postawiłem sobie za punkt honoru, żeby nie ograniczać się żadnymi ramami gatunkowymi. 15 lat temu za wszelką cenę chciałem grać tylko i wyłącznie gitarową – metalową, rockową muzykę, ale mi przeszło. To nie jest jakiś świeży pomysł, żeby poszukiwać siebie skacząc po różnych stylach, tylko jest to moje zafascynowanie Davidem Bowie czy Czesławem Niemenem, którzy zmieniali „skórę” co kilka płyt. Żyjemy w erze „post-wszystkiego” więc mogę swobodnie czerpać ze wszystkich dokonań muzyki rozrywkowej i starać się te różne inspiracje przepuszczać przez swoją wrażliwość muzyczną i tym samym znajdować w tym wszystkim jakiś swój język.

DR: Zdania wśród słuchaczy są podzielone. Jedni lubią, jak ich ulubieńcy eksperymentują, pojawiają się jakieś nowe elementy, a z drugiej strony są tak zwani puryści, dla których odejście od schematowego, standardowego grania, które znają jest niedopuszczalne.

KZ: Ja swoich słuchaczy przyzwyczaiłem do tego, że nie zamykam się w jednej formie,  Zelig też przecież był bardzo różnorodny. Tak samo Złoto, które jest dosyć rockowe, ale prezentuje różne odcienie tego rocka. Inną piosenką jest Głowa, a zupełnie inną – Jak dobrze. Jedna zahacza o jakiś szaleńczy „latino-metal”, a druga jest powiedzmy prawie hip-hopowym utworem. Myślę, że dla słuchaczy którzy są zaznajomieni z moją wcześniejszą twórczością eklektyczność albumu nie jest zaskoczeniem.

DR: Płyta powstawała przed i w trakcie epidemii. Mimo wszystko jednak teksty, które się na niej pojawiają są dosyć uniwersalne i łatwo je odnieść do obecnej sytuacji na świecie. Powiedz, czy album to  raczej zbiór przemyśleń, obserwacji, czy może jest stworzony na podstawie jakichś konkretnych historii?

KZ: Raczej jest to zbiór przemyśleń, zapis tego, co akurat grało mi w głowie, o czym myślałem w momencie kiedy te płytę pisałem. Na pewno ten krążek różni się od Złota i od Zeliga tym, że i teksty i muzyka powstawały dość szybko. Na Złoto teksty pisałem przez trzy lata między koncertami, na Zeliga osiem, tak tutaj wszystko wydarzyło się w trzy miesiące. Nie wynikało to z pośpiechu, po prostu „szło”. Jest to taki bardziej skumulowany zbiór moich myśli, który oddaje stan ducha, w jakim znajdowałem się w krótkim odcinku czasu. A to, że teksty są dość apokaliptyczne między wierszami i gdzieś tam mówią o potencjalnym końcu świata to z jednej strony wynika z tego, że jesteśmy atakowani informacjami i przestrogami kierowanymi do nas przez naukowców i ekologów na temat tego, że być może czas Ziemi takiej, jaką ją znamy, zbliża się ku końcowi. Efekt cieplarniany się rozpędza, zanieczyszczenie mórz dochodzi do krytycznego momentu. Z drugiej strony, teksty na ten album pisałem głównie nad ranem, ponieważ mam małe dziecko w domu od niedawna. To był jedyny moment, żeby móc w ciszy i bez żadnych atrakcji próbować pisać. Pisanie w grudniu o piątej rano, kiedy jest czarna noc, ulice są wyludnione powoduje wrażenie, jakby wybuchła właśnie bomba atomowa i byłbym ostatnim człowiekiem na ziemi. Klimat tej właśnie pory na pewno też ma wpływ na to, jakie te teksty są.

DR: Nawiązując do poprzedniego pytania… Skąd czerpiesz inspirację?

KZ: Różnie, czasami inspiracja bierze się z jakiegoś artykułu prasowego, jakieś jedno zdanie albo jakiś absurd, który wychwytuję robi na mnie wrażenie i jest impulsem do tego, aby napisać tekst. Czasami jest to lektura jakiejś książki, spektakl – tak jak było w przypadku Annuszki. Byłem na spektaklu „Złota Skała” w teatrze Studio i tam właśnie padło zdanie „co byś zrobił, gdybyś wiedział, że zostało ci pięć minut życia?”, które bardzo utkwiło mi w głowie – zacząłem to analizować i zastanawiać się faktycznie, co bym zrobił. Na podstawie tego jednego zdania wzięła się piosenka Annuszka, oczywiście też z „Mistrza i Małgorzaty”, którą lubię powtarzać sobie co kilka lat. Każdy, myślę, nosi  w sobie jakieś myśli, spostrzeżenia, których nie jest świadom, więc znowu… Ta piąta rano pomagała w tym, że mój wewnętrzny krytyk jeszcze spał głęboko i byłem w stanie wylewać na papier myśli, które gdzieś tam się kotłowały we mnie, nie analizując ich wcześniej, nie zastanawiając się, czy to, co piszę, jest wtórne, czy może jest trywialne, banalne. Tylko po prostu pisałem takim strumieniem świadomości i to też był dobry sposób, bo potem, kiedy później analizowałem to wszystko, okazywało się, że jest tam jakiś wers, o którego istnienie w mojej głowie bym siebie nie podejrzewał.

DR: Praktycznie na żadnym z albumów nie pojawiają się goście. Z czego to wynika? Wolisz pracować sam? Zdarzają się jakieś projekty (Męskie Granie) , gdzie grasz z innymi, jednak na płytach nie można usłyszeć innych głosów.

KZ: Na Złocie zaśpiewała Natalia Przybysz, ale faktycznie była to jedyna taka sytuacja. Myślę, że wynika to z faktu, że robię sporo różnych kooperacji poza własnymi płytami.  Nagrywałem na przykład z duetem  Catz N’ Dogz, nagrywałem z DrySkullem i SoDrumatic, z Orkiestrą Męskiego Grania w różnych odsłonach, brałem udział w Tribute to VooVoo z Wacławem Zimpelem, występowałem na scenie z królem, z Igo i BassAstralem, nagrywałem z Natalią Kukulską, z Natalią Niemen i wieloma innymi znakomitymi artystami. Tak naprawdę tych projektów było naprawdę sporo. Lubię to robić i absolutnie się nie odżegnuję od takich pomysłów i myślę, że  to też wpływa dobrze na mój rozwój. Potrafię trochę przesiąknąć wrażliwością ludzi, z którymi współpracuję, co poszerza mój „słownik”, który potem wykorzystuję  do tworzenia swoich piosenek. Natomiast moja płyta to moja wypowiedź i nie posiłkuję się tutaj już gośćmi, poza tym że współpracuję oczywiście od lat z tym samym zespołem, Andrzej Markowski, mój wieloletni przyjaciel i współpracownik jest kompozytorem wielu piosenek. W dwóch utworach wykorzystałem też fragmenty melodii Dawida Podsiadło istniejące jeszcze z czasów sesji do Męskiego Grania. Nie chciałem, żeby te jego znakomite w moim odczuciu melodie się zmarnowały, żeby gdzieś przepadły.  Więc za jego zgodą wykorzystałem je na płycie.

DR: Jeżeli mógłbyś nagrać album, bądź też jeden utwór z jakimkolwiek artystą, żyjącym czy też nie, kto by to był?

KZ: Z żyjących myślę, że chciałbym współpracować z Billie Eilish, ona mnie fascynuje absolutnie,  jej umiejętność  śpiewania jest niesamowita, i jej jakaś niesamowita dojrzałość na jej zupełnie młody wiek, jej muzykalność. Mimo że obraca się w sferze muzyki pop, to jest tam coś demonicznego, coś kwaśnego, coś nieoczywistego. Jeśli zaś chodzi o nieżyjących to na pewno David Bowie – jest u mnie na piedestale od wielu lat. Pewnie spaliłbym się z nerwów i ze wstydu, ale myślę, że chciałbym zobaczyć jak to jest współpracować z nim właśnie. Z tego co wiem, był  absolutnym wulkanem kreatywności i w momencie kiedy był w sidłach rozmaitych nałogów i kiedy się z nich wyzwolił nie stracił nic ze swojej kreatywności. Był artystą absolutnie odważnym i miał, wydaje mi się, duży dystans do siebie – potrafił postać kreowaną na scenie wykorzystać maksymalnie . Potrafił w  momencie kulminacyjnym popularności uśmiercić Ziggy’ego Stardusta po to, żeby poszukiwać innej drogi ekspresji. Absolutnie fascynująca postać. 

DR: Najnowszy singiel, Zabawa, mógłby być obowiązkowym punktem na każdej imprezie tak naprawdę.  Zdradzisz, czego Ty słuchasz? Co gości ostatnio w Twoich słuchawkach?

KZ:  Przez to, że gram mnóstwo koncertów i  prób, dużo czasu spędzam w sali prób komponując piosenki i ucząc się ich, jestem przesycony muzyką na tyle, że nie słucham jej maniakalnie w domu, tak jak to robiłem wcześniej, ale oczywiście nieco słucham. Na przykład wczoraj słuchałem trochę Billie Holiday i trochę Zappy.  Ostanio nie mam tak, zdarza się, ale co raz rzadziej, że jakaś jedna płyta mnie tak zafascynuje, że słucham jej w kółko, ale ostatnimi czasy nie pamiętam. Trochę miałem tak rzeczywiście z zespołem Uknown Mortal Orchestra, że słuchałem ich sporo, ale taka płyta, której słuchałem w kółko… To chyba było z cztery -pięć lat temu, no może trzy, jak się zakochałem absolutnie w albumie Iggy’ego Popa z Joshem Hommem  Post Pop Depression i słuchałem go na zapętleniu przez dwa miesiące, nie wychodziła z mojego odtwarzacza. Natomiast ostatnio, może też przez to, że format płyty kompaktowej trochę  jest mniej popularny niż kiedyś, korzystam z serwisów streamingowych.  Jeśli mam rano ochotę posłuchać Billie Holiday, to słucham Billie Holiday, jak mam ochotę posłuchać Zappy, to mieszam to z Zappą.

DR: Tworzysz głównie w języku polskim. Istnieje pogląd, że tworzenie, pisanie tekstów w tym języku, czy też potem prezentowanie tego, jest dużo trudniejsze  dla samego artysty. Obnaża go przed słuchaczami, pozbawia bariery na tej linii. Jak się do tego odnosisz?

KZ: Z jednej strony jest trudniej, bo nie da się ukryć niezgrabności językowych, wszyscy jesteśmy tak obeznani z językiem polskim, że każdy fałsz, każdą niezgrabność wychwytujemy momentalnie. Z drugiej strony przez to, że jest to mój język ojczysty i posługuję się nim od zawsze, łatwiej jest mi wyrazić pewne emocje po polsku. Mam też tę możliwość, umiejętność, że potrafię bawić się słowami i łatwiej mi ukryć w tekście jakieś dwuznaczności.  Natomiast o ile płynnie posługuję się językiem angielskim, to nie na tyle chyba, żeby  móc sobie pozwolić na takie zabawy słowem, jakich mogę dokonywać po polsku. Podejmę pewnie taką próbę kiedyś, nawet na zasadzie postawienia sobie nowego wyzwania, żeby pośpiewać trochę po angielsku, żeby napisać parę piosenek w tym języku, ale język polski to mój język, jest mi w nim wygodnie, jestem w stanie wychwycić różne jego półcienie, wielość znaczeń w każdym słowie. Może jest to trudniejsze, ale na pewno potrafię robić to dużo lepiej niż po angielsku.

DR: Obecna sytuacja, w której się znajdujemy (pandemia koronawirusa) wymusiła na wszystkich zwolnienie tempa. Jak wpłynął na Ciebie ten okres, poza tym, że dopracowywałeś wtedy płytę?

KZ: Było to dość surrealistyczne doświadczenie  dla wszystkich, więc dla mnie również. Kiedy wychodziłem po chleb i widziałem sceny niczym z filmu science fiction, zamaskowanych ludzi w rękawiczkach, którzy ze strachem patrzą jeden na drugiego. Mam nadzieję, że to przejściowe doświadczenie i, że jednak to wszystko minie, uodpornimy się jako ludzkość na nowe wyzwanie jakim jest ten wirus i, przede wszystkim, przestaniemy się bać.  Natomiast ja niedobrze znoszę przymusowe zamknięcie w domu, nawet jak jestem chory, przeziębiony to trudno  mnie zmusić do leżenia w łóżku. Miałem więc dużo szczęścia, że  akurat jak się rozpoczął lockdown, to miałem wokale do nagrania, a że wszystkie studia nagraniowe się pozamykały, to siedziałem w swojej pracowni, pożyczyłem trochę sprzętu i nagrywałem je (wokale) przez pierwsze dwa tygodnie. Miałem też okazję zagrać kilka koncertów on-line – miałem więc kontakt z muzyką, a potem przyszła propozycja, żeby zrobić muzyczną wersję „Szewców” Witkacego. Zaangażowałem  do współpracy Jacka Szymkiewicza, Budynia (wokalistę Pogodno) –świetnego poetę. Myślę, że wyszła nam taka ciekawa mini rock opera. Poprosiliśmy też o pomoc Natalię Przybysz i ona uświetniła ten projekt swoim niebiańskim głosem. Szczęśliwie nie byłem pozbawiony  kontaktu z muzyką przez lockdown, oczywiście dużo więcej czasu spędziłem w domu, dzięki czemu mogłem być lepszym ojcem, obserwować jak rozwija się mój synek, który ma teraz rok i dziewięć miesięcy, więc każdego dnia tak naprawdę uczy się czegoś nowego. Było to doświadczenie dosyć wyważone – miałem się, mimo lockdownu, czym zająć, dzięki czemu dało się ze mną wytrzymać.  Gdybym musiał te trzy miesiące  żyć kompletnie bez grania, komponowania, śpiewania, nagrywania, grania koncertów – nawet tych on-line, to byłbym w domu nie do zniesienia.

DR: Ten rok jest pod wieloma względami trudnym rokiem. Ten napływ informacji odnośnie tego, co wyprawia się w polityce, jak młodzi ludzie znajdują w sobie pokłady siły, żeby  przeciwstawić się systemowi… Ty również należysz do takich osób, często można zaobserwować się z tęczowymi symbolami, na koncertach również pojawiasz się z tęczową flagą. Myślisz, że artyści powinni wykorzystywać swoją platformę (a w tym swoje zasięgi) do wypowiadania się w tak ważnych, niekiedy kontrowersyjnych, dla niektórych, kwestiach?

KZ: Ja nie widzę tutaj nic kontrowersyjnego. Jeśli władza ośmiela się odmawiać całej dużej grupie społeczeństwa człowieczeństwa, to żeby zachować resztki przyzwoitości, najmniej co mogę zrobić to wyjść z tęczową flagą i okazać solidarność z ludźmi, którzy nagle stali się kozłem ofiarnym dla władzy. Tak jak wcześniej taką rolę spełniali uchodźcy,  których w Polsce nie ma, tak tutaj padło na ludzi LGBT, może ze względu na to, że są łatwo widoczni, może ze względu na to, że jako mniejszość łatwiej ich zaatakować i łatwo wykorzystać nieświadomość dużej części narodu, żeby zasiać w nich ziarno strachu, które prowadzi później do nienawiści i może prowadzić do realnych problemów – do aktów agresji na przykład. Jestem absolutnie tym zniesmaczony i oburzony. Wydaje mi się też, że dożyliśmy w Polsce czasów, gdzie tęczowa flaga nie tylko jest symbolem LGBT, ale nagle stała się symbolem walki z wszelkimi postawami faszystowskimi. Nie wyobrażam sobie, że mógłbym robić inaczej. Natomiast jeśli chodzi o to, co powinni robić inni artyści, absolutnie nie mam zamiaru nikogo oceniać ani się  wypowiadać. Uważam, że każdy powinien robić to, co uważa za słuszne.  Ja uważam, że muszę chociaż na każdym koncercie pokazać ten skromny gest solidarności  nie wyobrażam sobie, że mógłbym zrobić inaczej.

DR: Na koniec  chciałabym nawiązać do tego, o czym mówiliśmy wcześniej – chodzi bowiem o tekst Annuszki. Co byś zrobił, gdyby zostało Ci pięć minut życia?

KZ: Jeśli miałbym gdzieś na podorędziu gitarę, to myślę, że pośpiewałbym i pograł. Aczkolwiek zastanawiając się nad tym właśnie pytaniem pisząc tekst piosenki, skonstatowałem, że popłynąłbym w jakieś lekko wyidealizowane wspomnienia – starałbym się przypomnieć sobie najprzyjemniejsze chwile, jakie miałem okazję spędzić na Ziemi.

Exit mobile version