Ania Rusowicz to jedna z najlepszych polskich wokalistek XXI wieku. Wokalistka, która nie lubi i nie szuka komercji. W latach 2005-2007 współtworzyła zespół Dezire, z którym też otrzymała nominację do Fryderyków w kategorii hip-hop/r&b za album Pięć Smaków. Później była współzałożycielką (wraz z mężem) zespołu IKA czy zaśpiewała w duecie z zespołem Czarno-Czarni w piosence Kwiat nienawiści.
Przełomem okazał się rok 2011 kiedy wystąpiła na festiwalu w Opolu z piosenkami swojej mamy Ady Rusowicz. Wydała również swój pierwszy solowy materiał na płycie Mój Big-Bit. Składał się on z dwunastu piosenek: sześciu z repertuaru Ady Rusowicz oraz sześciu autorskich.
Gdyby czyjekolwiek losy zależały ode mnie, to ja bym zajął się Anią natychmiast, gdyż, co najmniej połowa problemu z odkryciem nowej gwiazdy sceny poprockowej jest w jej wypadku załatwiona przez naturę: głos, uroda i poczucie humoru. To są rzeczy w uzbrojeniu tej dziewczyny gotowe do użycia natychmiast. I one składają się na talent, który wyczuwam nosem na kilkaset kilometrów” – powiedział Zbigniew Hołdys, jeden z wielbicieli talentu Ani Rusowicz.
8 października swoją premierę miał jej drugi, tym razem w pełni autorski, krążek Genesis. Z tej okazji mieliśmy zaszczyt porozmawiać właśnie z Anią Rusowicz.
Wywiad
Łukasz Jaćkiewicz: Do sklepów trafiła Twoja nowa płyta Genesis. Co oznacza dla Ciebie tytułowa geneza, początek, w kontekście tej płyty?
Ania Rusowicz: Dla mnie oznacza początek „mnie” samej. Teraz będzie mój odważny krok. Wcześniej zrobiłam płytę dla Mamy, ale również w hołdzie polskiej muzyce, która została zapomniana. Teraz odcinam się od Big Bitu i tworzę dźwięki, które aż czasem same krzyczą żeby ze mnie wyjść.
Łukasz Jaćkiewicz: Czym różni się według Ciebie Genesis od poprzedniej płyty Mój Big Bit? Przez okres dwóch lat od wydania tej drugiej, dojrzałaś muzycznie?
Ania Rusowicz: Dojrzewanie, starzenie się itp. to naturalny proces. Dwa lata to szmat czasu. Nic nie jest takie samo. Za kolejne 2 lata będzie analogicznie. Czym różnią się te dwie płyty? Chyba wszystkim, oprócz tego, że zaśpiewała je ta sama osoba.
Łukasz Jaćkiewicz: Wciąż jednak wracasz do big bitu, czy wyobrażasz sobie siebie samą bez tej stylistyki?
Ania Rusowicz: Nie wracam , przynajmniej na płycie. Wracam okazjonalnie gdy jestem zapraszana na jakieś festiwale big bitowe ale myślę sobie, dlaczego miałabym teraz okoniem stanąć do tego co uczyniłam wcześniej. Byłoby to bez sensu. Ta płyta jest nie bigbitowa jest raczej rockowo psychodeliczna. Jak nagram electro wszyscy będą również mówić o big bicie? ;-)
Łukasz Jaćkiewicz: W stacjach radiowych słyszymy różne piosenki, które zazwyczaj różnią się od Twoich. Świat muzyczny idzie w kierunku całkowitej komercji. Jak myślisz na czym polega magia Twoich utworów? Różnią się one przecież od typowych radiowych hitów, a ludzie uwielbiają Twoją muzykę.
Ania Rusowicz: Nie mam pojęcia. Ale cieszy mnie to.
Łukasz Jaćkiewicz: Na Genesis znajdziemy dwanaście różnych kompozycji. Co chciałaś przekazać poprzez teksty? Są Ci one bliskie?
Ania Rusowicz: Są bardzo dalekie i nie chciałam w nich niczego przekazać. Żartuję. Ale naprawdę uważam, że muzyki należy słuchać a nie ją opisywać. Zapraszam wiec do posłuchania ;-)
Łukasz Jaćkiewicz: Na płycie znalazły się także utwory napisane pierwotnie na poprzednią płytę. Czy wtedy nie pasowały do koncepcji płyty? Skąd pomysł na włączenie ich do Genesis?
Ania Rusowicz: Dla mnie nie ma znaczenia czy zaśpiewam piosenkę stworzoną dziś czy 10 lat temu. Melodia to melodia. Resztę można zmieniać, wyprodukować. Zrobić z tego rock, disco, elektro, punk itd.
Łukasz Jaćkiewicz: Która z piosenek z nowego albumu jest Ci najbliższa?
Ania Rusowicz: Każda moja kompozycja jest dla mnie ważna ;-)
Łukasz Jaćkiewicz: Pierwszym singlem promującym album została wybrana kompozycja To co było. Dlaczego wybór padł na tę piosenkę?
Ania Rusowicz: Nie wiem. To był wybór wytwórni. Podejrzewam, że sugerowali się najbardziej komercyjną melodią, która poleciałaby w stacjach radiowych.
Łukasz Jaćkiewicz: Kiedy możemy spodziewać się teledysku do tego utworu? Zdradzisz nam parę szczegółów dotyczących tego przedsięwzięcia?
Ania Rusowicz: Teledysk nie powstanie. Powstanie do drugiego singla. Czasem tak wychodzi, coś się nie udaje. Pracuję w biznesie, w którym jestem uzależniona od innych ludzi z inną wizją. Czasem po prostu nasze wizje się nie pokrywają.
Łukasz Jaćkiewicz: Genesis zostało wyprodukowane przez Emade. Jak przebiegała współpraca między Wami? Mieliście wspólną koncepcję płyty czy może szeroko dyskutowaliście nad efektem finalnym?
Ania Rusowicz: Totalnie zaufałam Piotrkowi. To zdolny gość. Nie zawiodłam się. Zrobił z tej płyty majstersztyk. A jeśli chodzi o współpracę to Piotrek jest małokonfliktowy, bardzo taktowny i profesjonalny. Te cechy składają się na sukces.
Łukasz Jaćkiewicz: Twoją płytę przedpremierowo mogliśmy usłyszeć w serwisie streamingowym WiMP. Myślisz, że w dzisiejszych czasach to dobra promocja muzyki, gdzie fani mogą przesłuchać płytę jeszcze przed zakupem?
Ania Rusowicz: Nie mam pojęcia. Moja wytwórnia doradzała mi ten krok, czas pokaże.
Łukasz Jaćkiewicz: Wydanie płyty to jednak tylko część artysty. Kiedy spodziewać się możemy koncertów z Twoim głównym udziałem?
Ania Rusowicz: Ruszam w trasę. Zapraszam wszystkich do wchodzenia na moja stronę i FB. Może razem przeżyjemy jakiś psychodeliczny odlot ;-)
Łukasz Jaćkiewicz: W mediach często jesteś porównywana do swojej mamy Ady Rusowicz. Nie denerwują Cię ciągłe porównania do niej? Czy wręcz przeciwnie, jesteś z nich dumna?
Ania Rusowicz: Dziś? Denerwują mnie. Przy pierwszej płycie było to naturalne. Czasem wydaje mi się, że ludzi zlali mnie z moją Mamą w jedną osobę. Ale to nie jest problem, który leży po mojej stronie. Bo ja doskonale wiem kim jestem. Jestem Ania.
Łukasz Jaćkiewicz: Poprzednia płyta zdobyła cztery Fryderyki. Cieszą Cię takie nagrody?
Ania Rusowicz: Nagrody są ekstra gdy umie się je przyjmować. Ja powoli się uczę. Jestem raczej klasycznym dawcą a nie biorcą.
Łukasz Jaćkiewicz: Na koniec zdradź nam proszę kilka utworów, które ostatnimi czasy lubisz słuchać w swoim domowym zaciszu.
Ania Rusowicz: Keith Jarrett, Peacock Jack De Johnette album Somewhere. Kocham ostatnią płytę Queens of the Stone Age no i winyl Jonhnego Casha. Lubię też piosenkę do filmu Drive, ostatnio jakoś mi tak wpadła w ucho i nie chce wyjść.
