Site icon All About Music

Wyjść poza swoją strefę komfortu. Elton John – The Lockdown Session, 2021 (recenzja)

Elton John, czyli niekwestionowana legenda muzyki, powrócił z nowym, wyjątkowym albumem, który najpewniej nie powstałby, gdyby nie ogólnoświatowa pandemia i okres lockdownu. W jaki sposób czynniki te mogą w ogóle stać się impulsem do tworzenia sztuki? Jak nagrywać muzykę w trakcie izolacji i co może z tego wyjść? Czy Elton znalazł sposób na to jak być razem, mimo odległości? Co to znaczy wyjść ze swojej strefy komfortu? Odpowiedzi na te pytania można poszukać, słuchając projektu The Lockdown Session.

Pierwsze znaki świadczące o tym, że Elton John przygotował dla swoich wielbicieli nowy, muzyczny projekt zaczęły się pojawiać już w połowie sierpnia, kiedy to na platformy streamingowe trafił stworzony w duecie z Dua Lipą numer Cold Heart (PNAU remix), który ostatecznie dotarł na szczyt brytyjskiej listy przebojów. Dzięki temu artysta został pierwszym muzykiem w historii, który umieścił swoje utwory w pierwszej dziesiątce brytyjskiej listy w sześciu kolejnych dekadach. 

Na bardziej konkretne wyjaśnienie przyszło jednak poczekać nieco ponad dwa tygodnie. Dokładnie pierwszego dnia września Elton oficjalnie ogłosił, iż 22 października na rynku ukaże się jego najnowszy, trzydziesty drugi z kolei, album studyjny. Wiadomość ta poprzedzona była udostępnianiem na Instagramie artysty stories z kafelkami, z nazwiskami m.in właśnie Dua Lipy ale także Stevie Nicks, Eddiego Veddera, Nicki Minaj, Steviego Wondera czy Years & Years. Aspekt ten jest kluczowy, gdyż wydany w ostatni piątek projekt The Lockdown Session to album, na którym znalazły się tylko i wyłącznie duety, które, w ciągu ostatniego, mniej więcej, roku, Elton nagrał z innymi artystkami i artystami.

Opowiadając o płycie, Elton wspomniał, iż znalazły się na niej kompozycje, które wyprowadziły go z jego muzycznej strefy komfortu, a sama sesja nagraniowa przywiodła go wspomnieniami aż do lat ‘60, czyli początków kariery. Wtedy to artysta pracował przede wszystkim jako muzyk sesyjny i jak sam twierdzi, na The Lockdown Session powrócił właśnie do tej roli. Także proces powstawania wydawnictwa nie był typowy, jak mówił sam Elton:

[…] Niektóre sesje nagraniowe musiały zostać przeprowadzone zdalnie, przez Zoom, czego nigdy wcześniej nie robiłem. Niektóre piosenki zaś zostały nagrane w studio z zachowaniem bardzo rygorystycznych zasad bezpieczeństwa: wspólna praca, ale bycie oddzielonym od siebie przezroczystą ścianką. […]

Niesprzyjająca sytuacja na świecie, utrudnione warunki nagrywania nie przeszkodziły jednak w tworzeniu nowej muzyki. Wręcz przeciwnie – kwestie pandemii, wszechobecnego lockdawnu okazały się być źródłem twórczych inspiracji. By nagrać The Lockdown Session konieczne okazało się być odkrycie nowego sposobu na wspólne nagrywanie, na bycie muzycznie razem, ale w nowej rzeczywistości. Sytuacja ta zmusiła każdego z nas do wyjścia ze swoich przyzwyczajeń, swojej strefy komfortu, zaskakuje więc, że legendarny muzyk postanowił zrobić to samo, ale na polu działalności artystycznej. Dodatkowo interesujące jest to, co w kontekście albumu Elton rozumie poprzez powrót do roli muzyka sesyjnego. Wszystko jednak wyjaśnia się wraz z kolejnymi dźwiękami The Lockdown Session.

Album otwiera wspomniany już wyżej duet z Dua Lipą, czyli Cold Heart (PNAU Remix). Utwór ten to połączenie kultowych kompozycji Eltona – Rocket Man z 1972, Where’s the Shoorach z 1976, Kiss The Bride z 1983 i Sacrifice z 1989 roku. Co najbardziej zwraca uwagę to fakt, że muzyk oddał wokalistce głos w jednym z swoich największych światowych hitów, czyli właśnie Rocket Manie, co odczytuję jako wielki dowód zaufania. Cold Heart (PNAU Remix) to jednak dla mnie spore zaskoczenie i równie duże… rozczarowanie. Gdy po raz pierwszy zobaczyłam, że Elton i Dua nagrali coś razem, byłam niesamowicie podekscytowana. Ta radość jednak szybko minęła, gdy usłyszałam ten miks – naprawdę ta dwójka nie była w stanie stworzyć razem czegoś oryginalnego? Skomponować hitu na miarę ich umiejętności? Przecież to połączenie muzycznej mądrości i doświadczenia z młodzieńczą energią i nosem do tworzenia hitów, mogło dać nam utwór roku. Ale zdecydowanie nie jest nim ta piosenka-zlepek. Owszem, miło jest usłyszeć znajome dźwięki, kultowe teksty w nowym brzmieniu, świeżym wykonaniu, ale to totalnie nie jest to, czego oczekiwałabym od tej dwójki. Numer podbija listy przebojów, mam jednak nieodparte wrażenie, że to głównie ze względu na połączenie samych nazwisk John-Lipa, niż ze względu na artystyczną wartość Cold Heart.

Always Love You zaczyna się niczym klasyczna kompozycja Eltona – świetny głos muzyka plus partia dobrego piano. Kiedy jednak wchodzi Young Thug całość staje się jedyną w swoim rodzaju hip-hopową balladą z teatralnym zacięciem, za które odpowiada brzdąkający gdzieś w tle muzyk. Co ciekawe, Eltona słyszymy tu tylko w refrenie, przez co sprawia wrażenie, jakby to on był tu gościnną gwiazdą, nie Young Thug i Nicki Minaj. Ponownie, artysta oddał tu głos młodszemu pokoleniu.

To samo dzieje się w promującym całość singlu After All. To na pozór naprawdę dobra, nastrojowa kompozycja, bardzo w stylu Eltona, ale jednak mająca w sobie coś takiego świeżego. Jedyne czego nie mogę zrozumieć, to ilość użytego autotune’a w wokalach Charliego Putha jak i głównego zainteresowanego. Niestety, ale to tak bardzo niszczy całość, że świetna linia melodyczna i genialny charakter tracą na znaczeniu, a każde kolejne odtworzenie wywołuje u mnie coraz większą irytację. Dlatego osobiście wolę wracać do wersji live z Abbey Road – to tam jest prawda i piękno. Dużo lepiej od wersji studyjnej After All wypada wciągający Beauty In The Bones. Ta nagrana w duecie z Jimmie Allenem kompozycja łączy w sobie, w dość nieoczywisty sposób, brzmienie popu i electro – a ono aż zaskakująco pasuje do Eltona.

Pierwsze dźwięki numeru Orbit od razu zabrzmiały mi w głowie jak utwór Hot N Heavy Jessie Ware z wydanej w tym roku platynowej edycji jej świetnego albumu What’s Your Pleasure? Przypadków na świecie jednak nie ma – gościem w tej piosence Eltona jest producent SG Lewis, który… wyprodukował także wspomniany singiel brytyjskiej wokalistki. Jedno jest pewne – jeśli gdzieś Elton John wyszedł poza swoją strefę komfortu, to właśnie Orbit (tuż obok Always Love You) jest tym momentem na płycie. Nie jestem jednak pewna, czy jest to to brzmienie, w którym legendarny muzyk brzmi dobrze. Owszem, numer nawiązuje do tanecznej sceny lat ‘70, ale w tym okresie Elton robił zupełnie inną muzykę – i to było dobre.

Zdecydowanie lepiej wypadają utwory, w których gościnnie pojawiła się nieco starsza niż wspomniana powyżej gwardia artystek i artystów. Simple Things z udziałem Brandi Carlile to wspaniała, utrzymana w klimacie folk-country kompozycja. Utworu świetnie się słucha, a lekkość z jaką łączą się wokale wokalistki i muzyka wyraźnie wskazuje, że ta dwójka uwielbia ze sobą pracować. Powstała we współpracy z Eddiem Vedderem kompozycja E-Ticket to kwintesencja brzmienia Eltona, przywodząca mi na myśl chociażby Pinball Wizard. Genialny jest także wyczuwalny tu rock and rollowy charakter. 

Duet idealny, aż nieprawdopodobne jest, że spotkał się dopiero teraz, w obliczu pandemii, by razem stworzyć coś tak genialnego. Elton John połączył siły ze Steviem Wonderem, efektem czego jest klimatyczny, zabierający słuchacza wprost do lat ‘70 utwór Finish Line. Dużą robotę robi tu zdecydowanie produkcja Andrew Watta, który już od jakiegoś czasu daje się poznać jako niezwykle wszechstronny twórca. Co ciekawe, jedną z inspiracji do powstania kompozycji była twórczość… Ye Westa! W tle Finish Line wybrzmiewa Sunday Service Choir, który to przecież prowadzony jest przez słynnego rapera. Jakie to nietypowe dla współczesnej muzyki – młodzi artyści nie zainspirowali się dokonaniami muzycznych weteranów, lecz odwrotnie. Dwie legendy muzyki stworzyły coś na kanwie inspiracji twórczością młodszego kolegi po fachu – i jeszcze były w stanie zrobić z tego tak piękny hymn!

Połączenie o którym marzyłam, ale którego w sumie się nie spodziewałam – a jednak! Jak piękne może być Stolen Car, jak dużą ilością magii i muzycznej pasji wypełnione, to brak słów. To duet na miarę Don’t Go Breaking My Heart, tylko stworzony przez ludzi dojrzałych, już mocno przez życie doświadczonych. Zrozumienie i przenikliwość to słowa, które najlepiej opisują nową wersję utworu I’m Not Gonna Miss You Glena Campbella. Kompozycja, opowiadająca w warstwie lirycznej o doświadczeniu choroby Alzheimera, to ostatnie nagranie, które wyszło spod ręki muzyka przed jego śmiercią w 2017 roku. Elton nagrał ten utwór na wyraźną prośbę rodziny Campeblla, pracował nad nim w Abbey Road Studios, gdzie często grał jako muzyk sesyjny na początku swojej kariery.

The Lockdown Session to także piosenki, z którymi słuchacz mógł się już zetknąć. Należą do tego grona pogodna, brzmiąca bardzo współcześnie Learn To Fly, nagrana z zespołem Surfaces, wydana pierwotnie w czerwcu 2020 roku. Także Chosen Family, czyli nowa, utrzymana nadal w charakterze ballady z bardziej zaznaczoną partią pianina, wersja utworu z debiutanckiego albumu Riny Sawayamy została wydana jako pojedyńczy singiel w kwietniu tego roku. Piękno czasem kryje się w prostocie, a ten duet to tego najlepszy przykład. The Pink Phantom to świetny singiel z ostatniego albumu grupy Gorillaz, cover Nothing Else Matters trafił już na wydany we wrześniu tribute album The Metallica Blacklist, a One Of Me to utwór z debiutanckiego albumu Lil Nas X, w którym Elton, tak jak w klasyku Metalliki, udzielił się jedynie na pianinie. Mamy tu także, wykonaną po raz pierwszy podczas tegorocznej gali BRIT AWARDS, nową wersję hitu zespołu Pet Shop Boys, czyli It’s a sin. Rozpoczynająca się partią pianina, która wręcz stapia się z aksamitnym głosem Olly’ego Alexandra piosenka, w końcu wprost melodycznie odnosi się do oryginału, ale głosy Eltona i członka Years & Years nadały jej zupełnie innego charakteru. 

Jak więc rozumieć słowa o powrocie do roli muzyka sesyjnego? Chyba najbardziej chodzi tu po prostu o współpracę z innym artystą, który niekoniecznie musi reprezentować ten sam gatunek muzyczny, ale z którym jesteś w stanie nawiązać nić porozumienia i stworzyć coś razem, a nawet oddać mu w tym pierwszeństwo. To właśnie to oddanie głosu młodej części zaproszonych gości jest czymś wyjątkowym – Elton, muzyczna legenda z ogromnym doświadczeniem, udostępnia swoją przestrzeń nowym, obiecującym artystkom i artystom pokazując, że nie jest muzyczną konserwą, dziadersem, tylko osobą, która jest w stanie wyjść poza swoją strefę komfortu i dobrze się w tym odnajduje.

The Lockdown Session może być odbierany jako nierówny, ale chyba na tym właśnie polega cała jego istota i na dłuższą metę jego urok. Ta eklektyczność, chęć pokazania przez Eltona swojej umiejętności odnajdywania się w różnych gatunkach (no z różnym skutkiem) to jednak aspekt, który mocno wyróżnia ten album. Genialne jest to, że legendarni muzycy coraz chętniej oddają głos młodszemu pokoleniu, by ta pokazała, jak rozumie ich twórczość. Zrobił to już Paul McCartney na McCartney III Imagined, ale nowa płyta Eltona to zupełnie inny wymiar tego kuratorowania, bo on nie boi się pokazać, że jest w stanie uczyć się od młodych czegoś nowego. Nie da się jednak ukryć, że głos muzyka nie brzmi tak jak kiedyś, a ilość użytego na całym The Lockdown Session autotune’a to delikatna przesada i to piosenki, w których ta technika dominują wypadają najsłabiej. Nie da się zaprzeczyć, że to bardzo ciekawy projekt, na który warto zwrócić uwagę, który będzie miał swoich fanów jak i zagorzałych przeciwników. Elton jednak wciąż jest w muzycznej formie – zaskakuje świeżością i młodym spojrzeniem – i pokazuje, że nawet ponad pięćdziesiąt lat po rozpoczęciu kariery nie ma sobie równych.

Exit mobile version