Dokładnie dwa tygodnie temu rozpoczynała się 13. edycja OFF Festivalu. Jeśli tak jak ja, macie ochotę powspominać koncerty lub sprawdzić jak dany artysta zaprezentował się na scenie – zapraszam do lektury!
OFF Festival to oczywiście wyróżniające się na tle nie tylko polskich, ale również zagranicznych imprez wydarzenie. Choć pojawiają się na nim wielkie nazwy, to rządzi tutaj głównie alternatywa, ogromna gatunkowa różnorodność, to idealne miejsce na odkrycie swojego nowego ulubionego artysty. Dlatego też kosztem zdjęć, pod opisem każdego z koncertu znajdziecie utwór lub link do występu danego artysty. Być może ktoś z Was nigdy nie był zainteresowany OFFem, a mimo to przeczyta tę relację. Być może, podobnie jak ja, dzięki temu festiwalowi odkryje wielu nowych, wartych uwagi artystów. Nim przejdziemy do relacji z koncertów, muszę poświęcić chwilę na wstęp, ponieważ był to mój pierwszy (i nie ostatni) OFF w życiu. To, co jako pierwsze rzuca się w oczy po przekroczeniu bram festiwalu, to myśl, jaki ten festiwal jest piękny! Naprawdę, Dolina Trzech Stawów jest idealnym miejscem, wręcz wydaje się być stworzonym pod festiwal Artura Rojka. Dookoła jest pełno zieleni, wokół każdej sceny jest pełno drzew, a strefa gastronomiczna znajduję się w niezwykle klimatycznej przestrzeni. To, co jeszcze rzuciło mi się w oczy to czystość, kultura na tym festiwalu. Po ostatnim Open’erze dostałem wręcz szoku, kiedy w kolejce po pierwsze piwo dziewczyna przede mną poszła wyrzucić końcówkę papierosa do śmietnika. Tutaj ludzie podnosili i wyrzucali nawet nie swoje śmieci, a teren pola namiotowego praktycznie wyglądał tak jak przed całym OFFem! Skoro już jesteśmy przy polu. Wejście na nie przeszło sprawnie. Wiadomo, bezpieczeństwo najważniejsze, więc przychodząc na kilka godzin przed pierwszymi koncertami trzeba uzbroić się w chwilę cierpliwości przy sprawdzaniu toreb. Pole samo w sobie jest niewielkie, dosłownie kilka namiotów z jedzeniem i piciem, ale to wystarcza. Na plus liczba toalet, nigdy nie trzeba było stać w dłuższej kolejce. Jak na każdym festiwalu przydałoby się jednak postawić trochę więcej pryszniców. Na osobny akapit darmowa woda pitna, która była udostępniana festiwalowiczom. Szczególnie, że na początku sierpnia panowały naprawdę okropne upały.A na sam koniec chciałbym wyróżnić jeszcze osobę/zespół odpowiedzialny za social media OFFa. Obrali bardzo fajną formę komunikacji z fanami, przyjemnie się oglądało ich relacje podczas OFFa, super pomysłem jest seria „Ludzie z OFFa” na ich fanpage’u, i w końcu bardzo szybko odpisywali na zadane pytania. Brawa, inne polskie festiwale powinny się od nich uczyć! A teraz nadszedł już czas na koncertowe relacje. Zapraszam!
DZIEŃ 1 (03.08)
Festiwal na dobre rozpocząłem od koncertu Mikołaja Kubickiego, artysty ukrywającego się pod pseudonimem Meek, Oh Why?. Bardzo odpowiada mi styl, w którym Mikołaj rapuje. Cieszyła również obecność na scenie wokalistki Anny Seman, która wspomagała go w paru utworach oraz urozmaicenie koncertu trąbką, od której artysta rozpoczynał swoją przygodę z muzyką.
Punktem kulminacyjnym występu było zwrócenie się do widowni z prośbą o dwa słowa, które miały być tematem jego freestyle’u. Z wyrazów pierogi oraz książka zrobił absolutne dzieło! Naprawdę, jestem pod wielkim wrażeniem umiejętności lirycznych i na pewno koncert na OFFie nie był moim ostatnim spotkaniem z chłopakami z zespołu.
Następnie przyszedł czas na odwiedzenie Sceny Miast Muzyki, gdzie w zastępstwie za Yellow Days, którzy odwołali swoją trasę, pojawiła się rosyjska grupa Shortparis. Połączenie postindustrialnej elektroniki z gitarowym brzmieniem, perkusją i wokalem Nikolay’a Komiagina na żywo wypada jeszcze lepiej niż na płytach! Perkusista oraz wokalista świetnie zachowują się na scenie, ich ruchy są nie do podrobienia, doczekaliśmy się nawet prawie idealnie zsynchronizowanego układu tanecznego! Nie udało im się niestety zebrać zbyt wielu ludzi pod sceną, jak dla mnie kwintet z Petersburga został trochę niedoceniony przez OFFową publikę. Ubolewam jeszcze nad faktem, że Shortparis grało na otwartej scenie. Ich koncert pod namiotem Trójki wypadłby sto razy lepiej.
Moja pierwsza wizyta na Scenie Trójki wiązała się z koncertem Bishopa Nehru, zaledwie 21-letniego rapera w Nowego Jorku, który na koncie ma już współpracę z takimi producentami jak MF DOOM czy KAYTRANADA. Przed festiwalem najwięcej czasu spędziłem z muzyką właśnie tego artysty i jestem bardzo wdzięczny Arturowi Rojkowi za sprowadzenie go na OFFa. Nehru wyróżnia się na tle swoich rówieśników, pokazuje, że współczesny rap to nie tylko triplety i trapy, ma swój styl, chętnie inspiruje się klasycznym amerykańskim hip-hopem, którego może być przyszłością. Jego gig w Katowicach rozpoczął się dość spokojnie od kawałków z starszych wydawnictw rapera. Przejście do nowszych, nieco bardziej energicznych kawałków z ostatniej płyty zatytułowanej Elevators, a nawet do nieopublikowanego jeszcze utworu EMPEROR, którego fragment możecie usłyszeć w filmiku poniżej, zaowocowało ożywieniem publiki? energicznymi kurwa. Raper z czasem zdobywał sympatię zgromadzonej w wypełnionym po brzegi namiocie. Mniej więcej w połowie koncertu wszyscy dali się ponieść, łącznie z Bishopem, który kilka crowd-surfował nad naszymi głowami. Młody raper nie ukrywał uznania dla polskiej publiczności, która z pewnością, łącznie ze mną, już czeka na jego klubowy gig. Agencje koncertowe, do dzieła!
Po wspaniałym koncercie Bishopa i uzupełnieniu płynów, przyszedł czas na moje pierwsze zetknięcie z gospelem na żywo. Zawsze oglądając amerykańskie filmy i sceny z malutkich, białych kościołów, zazdrościłem takiego podejścia do wiary, mimo tego, że z żadną mi nie po drodze i marzyłem o podróży w jedno z takich miejsc. Całe szczęście ten magiczny festiwal umożliwił mi doświadczenie gospelu na żywo zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od mojego miejsca zamieszkania. The Como Mamas do Katowic przyjechały prosto z Missisipi. Byłem zachwycony tym jak występujący opowiadają o sobie, o swoim życiu. Piękne głosy, wszystko ze sobą grało, naprawdę ciekawe doświadczenie!
Tak samo ciekawym przeżyciem miał być koncert 20-osobowego chóru The Mystery of the Bulgarian Voices. Niestety ten występ nie przyciągnął mojej uwagi już tak bardzo. Od samego początku rozpraszały mnie basy dochodzące z innych scen i po kilku utworach dałem sobie spokój. Być może odbiór tego wszystkiego byłby zupełnie inny, gdybym wylądował pod samą sceną.
Jeszcze bardziej rozczarowany byłem występem “headlinerki” tego dnia, przez wielu uważanych również za gwiazdę całego festiwalu. M.I.A. zagrała koncert z nastawieniem na starsze kawałki, co bardzo mnie cieszyło. Były braki wokalne, ale na to byłem przygotowany, widziałem ją na Open’erze rok temu i mimo tego bardzo dobrze się bawiłem. Niestety jej frustracja (serio, myślałem, że zejdzie ze sceny w trakcie koncertu) spowodowana problemami technicznymi, ciągłymi prośbami o podbicie jej wokalu oraz basów (z tym drugim pełna zgoda, brakowało mi ich i na jej koncercie, i na występie Shortparis), odbiła się negatywnie również na mnie. Odbiór tego koncertu ratowały dwie tancerki i genialna DJ-ka/hypemanka, ale to za mało, to przecież Mathangi miała być tą najważniejszą na scenie. Artystka po godzinie, bez żadnych bisów, zakończyła koncert. Czułem niedosyt.
Całe szczęście zaraz po niej na Scenie Leśnej występował mój prywatny headliner tego OFFa, brytyjski DJ i producent, John Hopkins. Nie mogłem wyobrazić sobie lepszego zakończenia dnia, prawdziwy geniusz! Hopkins idealnie wplatał pomiędzy swoje żywsze utwory z Singularity chwile odpoczynku, ambientu ze starszych płyt. Wizualizacje znane z wrzuconych kawałków na YouTube Hopkinsa były dopełniały to magiczne show, a Emerald Rush czy Open Eye Signal na żywo to naprawdę niezapomniane przeżycie!
DZIEŃ 2 (04.08)
Drugi dzień na OFFie otwierała silna reprezentacja polskich artystów. Już pierwszy wybór pomiędzy folkowym zespołem Panieneczki a MIN t był dla mnie bardzo trudny. Postawiłem jednak na to, co mojemu sercu ostatnio bliższe, czyli elektroniczne klimaty i w ogóle się nie zawiodłem. Martyna na żywo brzmi równie dobrze, jeśli nawet nie lepiej, jak na studyjnych nagraniach. Plusem jej występu była również obecność perkusisty na scenie, dzięki czemu nie musieliśmy słuchać muzyki puszczanej jedynie z laptopa. Jej twórczości nie sprzyja jednak wczesna pora i okropny upał, dlatego już wyczekuję spotkania z artystką na klubowym koncercie.
Następną polską kapelą była Sorja Morja, która na koncie ma bardzo przyjemny debiut wydany w ubiegłym roku. I właśnie tak będę wspominał ich występ na OFFie, jako przyjemne granie, dźwięki, przy których można było miło spędzić czas siedząc na trawie.
Ostatnim polskim koncertem tego dnia dla mnie był występ Coals, mojego ulubionego polskiego zespołu. To było już czwarte w przeciągu niecałego roku spotkanie z Kasią, Łukaszem oraz Bobkiem. Wypadło tak samo jak poprzednie – było po prostu wspaniale! Nie przeszkodziły problemy techniczne związane z mikrofonami, cieszyła obecność nowego materiału (remix utworu Blues Keeps Crooning od MIN t). Czekam na więcej wizualek i nowych piosenek, a Wam, jeśli jeszcze nie kojarzycie zespołu, z całego serca polecam ich twórczość. Na żywo wypadają jeszcze lepiej niż na płytach!
Koncert następnego artysty mógłbym podsumować zasłyszaną rozmową przez telefon gdzieś za moimi plecami. Jeden z uczestników imprezy zachęcał swojego znajomego do jak najszybszego udania się pod Scenę Trójki, ponieważ “gość daje najpiękniejszy koncert od…” i tutaj nie dosłyszałem od kiedy, ale w pełni się zgadzam. Moses Sumney dał na pewno najpiękniejszy koncert na tegorocznej edycji OFFa. Było intymnie, refleksyjnie, wzruszająco. Miałem lekkie obawy czy uda mu się przenieść klimat z piosenek nagrywanych w studio, w końcu takiej muzyki najlepiej słucha się na przykład w domowym zaciszu, a nie w wypełnionym ludźmi namiocie. Takim błędnym nastawieniem kierowałem się do pierwszej piosenki zaśpiewanej przez Mosesa. Zamknąłem oczy i odleciałem. Co za głos!
Wokal artysty dopełniany był przez dwóch obecnych muzyków na scenie, dzięki czemu cała muzyka była grana na żywo. Naprawdę całej trójce należą się wielkie brawa, cudowny, magiczny występ.
Nadszedł czas na Aurorę. Norweżka moje serce skradła kilka lat temu podczas koncertu na Kraków Live Festival w 2015 roku. Naprawdę miło było śledzić postęp jej kariery i po spotkaniu o wczesnej porze na mniejszej scenie w Krakowie, gdzie na koncert przyszła naprawdę garstka osób, a Aurora na scenie stawiała pierwsze kroki, zobaczyć ją wypełniającą późny slot już ze statusem międzynarodowej gwiazdy. Artystka rozwinęła się pod każdym względem. Choć nadal w przerwach między piosenkami zawstydza się kiedy słyszy zachwyty publiki, to już podczas wykonywania utworów wokalistka charakteryzuje się niesamowitą ekspresją sceniczną. Muszę przyznać, że jej energiczne utwory takie jak Queendom zyskują na żywo, choć nadal jestem fanem jej spokojniejszych utworów i najchętniej wybrałbym się na akustyczny koncert Aurory. Piosenkarka występ zakończyła słowami, że ma nadzieję na szybki powrót do naszego kraju. Jej fani dobrze już pewnie doskonale o tym wiedzą, ale gdyby komuś jeszcze umknęła ta informacja, to 18 stycznia artystka ponownie odwiedzi Polskę.
Headlinerka drugiego dnia festiwalu na szczęście nie zawiodła moich oczekiwań. Charlotte Gainsbourg pojawiła się na scenie w zwykłej białej koszulce i jeansowych spodniach, zasiadła przy pianinie i rozpoczęła ponad godzinne, wypełnione emocjami show. Sprawiała wrażenie bardzo wrażliwej, miłej osoby. Pięknym dopełnieniem jej koncertu była scenografia. Jarzeniowe prostokąty oraz lustra podwieszone nad głową Charlotte oraz członków jej zespołu dodawały klimatu koncertowi, dzięki nim chciało się nie tylko słuchać, ale również oglądać całe przedstawienie. Tu warto odnotować, że wszystkim sterował jeden z instrumentalistów na scenie. Najbardziej podobała mi się już sama końcówka występu. Gainsbourg kupiła mnie niezwykłym coverem utworu Runaway od Kanye Westa, a setlistę zamknęła kontrowersyjnym kiedyś Lemon Incest.
Dzień kończyłem słabym, trochę usypiającym DJ setem Davida Augusta, który na samym początku powitał nas ekranem z informacją, że nie zagra dla nas na żywo z powodu zgubienia jego sprzętu przez linie lotnicze oraz z bardzo ciekawym elektronicznym duetem Khidja, którzy w przeciwieństwie do Augusta, porwali mnie do tańca na tyle, że czułem niedosyt, kiedy skończyli swój występ o trzeciej. Zresztą nie tylko ja, ale na całe szczęście w pobliskim barze czekał na nas after do białego rana.
DZIEŃ 3 (05.08)
Ostatni dzień festiwalu rozpocząłem od koncertu Marlona Williamsa. Prawdopodobnie ze względu na odbywające się w ten dzień Tour de Pologne na Śląsku, muzyk na scenę dotarł spóźniony o kilkanaście minut (tutaj kolejny plus za osoby zarządzającej social mediami OFFa, informacja o tym, że zespół jest w drodze, pojawiła się bardzo szybko). W końcu zdyszany Marlon dotarł na Scenę Trójki. Członkowie jego zespołu dopiero podpinali swoje gitary, ale wokalista dobrze wiedział, że nie ma na co czekać. Wziął do ręki swojego akustyka i zaczął jeden z lepszych występów tegorocznej edycji. Swoimi wokalnymi umiejętnościami, dobrym kontaktem z publiką oraz charyzmą czarował wszystkich zgromadzonych w namiocie. A chaos na scenie nadał temu występowi uroku.
Po koncercie Marlona już byłem w drodze na Scenę Eksperymentalną, gdzie zagrać miało Sensations’ Fix. Moje plany pokrzyżowały jednak pierwsze dźwięki dobiegające ze / z Sceny Leśnej, na której swój występ zaczynał duet Bass Astral x Igo. Mimo tego, że to było już moje trzecie spotkanie z chłopakami w przeciągu zaledwie pół roku i znam praktycznie cały materiał na pamięć, to coś mnie do ich twórczości przyciąga. Ich występ oczywiście zaliczam do udanych, na plus nagłośnienie naprawione po pierwszej piosence, na minus oczywiście pora, bo klubowe rytmy zawsze będą lepiej wypadać w nocy niż o 19. O takiej godzinie lepiej sprawdziłby się ich koncert grany wraz z orkiestrą.
Następny występ to największy zawód podczas tegorocznej edycji OFFa. Ariel Pink już na początku koncertu zapowiedział, że jest w złym nastroju. Wokalista z jego zespołu oznajmił, że to bardzo dobrze i możemy oczekiwać dobrego występu, jednak na oczekiwaniach się skończyło. Nie miałem pojęcia jak odebrać pierwszą połowę jego koncertu. Pytałem się w głowie czy to jest właśnie ta prawdziwa alternatywa i ja jestem zbyt mało alternatywny by docenić taki geniusz. Spoglądałem na reakcje innych festiwalowiczów. Niektórzy bardzo dobrze się bawili, a na twarzach innych, łącznie z moją, konsternacja. W końcu po mniej więcej trzydziestu minutach dałem sobie spokój i oddaliłem się od sceny. Wtedy też Ariel przestał krzyczeć do mikrofonu i zaczął śpiewać. Te bardziej znane kawałki, takie jak Baby czy Another Weekend w końcu jakoś brzmiały, ale nadal o wiele gorzej niż w wersji studyjnej. Całe szczęście odpuściłem sobie później jego DJ set, który podobno skończył się po dwudziestu minutach…
Niesmak szybko jednak zniknął za sprawą ̶k̶o̶n̶c̶e̶r̶t̶u̶ imprezy, którą zgotowała nam amerykańska drag queen, Big Freedia. Zaczęło się od krótkiego dj setu złożonego z popularnych kawałków od Drake’a czy G-Eazy’ego. To co się działo później na Scenie Leśnej to istne szaleństwo! Freedia w towarzystwie dwóch tancerzy i tancerki rozbujali katowicką publikę. Jej rap był jedynie tłem do tego, co działo się scenie. Mnóstwo twerkingu, taneczne remixy Formation od Beyoncé czy Hello autorstwa Adele, zaproszenie na scenę kilkunastu osób z widowni, które przez bite kilka minut uczyły się twerkować od mistrzyni, świetny kontakt z publiką oraz chóralne odśpiewanie I Will Always Love You na sam koniec show. Tego ludzie potrzebowali po kiepskim koncercie Pinka!
Bardzo dobrze tego wieczoru zaprezentowała się również Zola Jesus. Artystka od samego początku imponowała mi pewnością siebie na scenie, naprawdę czułem jakbym oglądał kameralny koncert gwiazdy światowego formatu, nie ujmując niczego Zoli oczywiście. Wokalistka często zagadywała publikę i robiła wstępy do swoich piosenek. W trakcie koncertu oznajmiła, że oprócz obecnego na scenie gitarzysty, zwykle występuje jeszcze z wiolonczelistką. Nie miałem o tym pojęcia i szczerze w ogóle mi jej nie brakowało, ale jestem pewny, że obecność jeszcze jednego instrumentu dodaje kolorytu całemu wydarzeniu, dlatego bardzo jeszcze raz zobaczę wokalistkę na jednym z czterech listopadowych koncertów, które zagra w Polsce.
PS. Na koncercie Zoli stałem obok dwóch chłopaków, którzy mieli w rękach zeszyty oraz markery i często rysowali to, co aktualnie działo się na scenie. Bardzo ciekawa i pozytywna sprawa, takie ręczne robienie “zdjęć” :)
O koncercie Grizzly Bear nie mam zbyt wiele do powiedzenia, nigdy nie byłem ich wielkim fanem, ale rozumiem entuzjazm sympatyków amerykańskiej grupy, na którą czekali tyle lat. Bardzo przyjemnie było posłuchać kawałków z ostatniej płyty oraz klasyków, takich jak Yet Again czy Two Weeks. Odpuściłem sobie jednak końcówkę, by zobaczyć ostatnie kilkanaście minut występu OR:LA, brytyjskiej DJ-ki, której boiler room z 2017 roku mógłbym oglądać w nieskończoność. Nie zawiodła mnie i mam ogromną nadzieję na szybki powrót do Polski.

