Wydali pięć albumów, ale to ich debiut, To Lose My Life…, zdobył pierwsze miejsce w zestawieniu UK Album Charts w 2009 roku. Dziś, dziesięć lat od ukazania się krążka, White Lies grają go w całości podczas jubileuszowej trasy. Jeden z takich koncertów odbył się w Warszawie.
Znam każde słowo i każdą nutę, które składają się na To Lose My Life…. Album towarzyszył mi w czasach liceum i do dzisiaj bardzo lubię do niego wracać. Szanuję także późniejsze wydawnictwa White Lies, i chociaż niektóre są ambitniejsze i bardziej zróżnicowane, żadne nie trafiło jednak do mojego serca aż tak, jak debiut zespołu. Koncert, na którym muzycy grali ten album od początku do końca, wydawał się stuprocentowo skrojony pod moje zainteresowania.
Jako support wystąpił Boniface, czyli kanadyjczyk Micah Visser wraz z zespołem, dla którego to już druga europejska trasa z White Lies. Panowie zapewnili publiczności ponad pół godziny spokojnego, optymistycznego indie.
Usłyszenie To Lose My Life… w całości było niezapomnianym przeżyciem. Chociaż podczas dwóch poprzednich koncertów zespołu miałam okazję posłuchać dużej części utworów z albumu, zupełnie innym doświadczeniem jest jednak słuchanie ich na żywo w takiej kolejności, w jakiej zostały ułożone na krążku. Dzięki temu jeden z największych hitów zespołu, Death z crescendo przyprawiającym o ciarki, otworzył koncert. Z sufitu po raz pierwszy posypało się confetti.
Oprócz znanych i lubianych utworów, takich jak To Lose My Life, Farewell to the Fairground czy pierwszy singiel zespołu, Unfinished Business, swój moment w blasku reflektorów miały mniej popularne kawałki jak Fifty on Our Foreheads czy Nothing To Give. Podczas swoich występów White Lies skupiają się zdecydowanie na graniu, a nie rozmowach z publicznością; wokalista Harry McVeigh powiedział do zgromadzonych w Stodole fanów zaledwie kilka słów, aby podziękować im za obecność oraz wspólne celebrowanie debiutanckiego albumu.
Po wybrzmieniu wszystkich utworów z To Lose My Life… spodziewałam się, że zespół wróci na scenę na składającego się z dwóch, może trzech utworów bisa. White Lies zrobili mi jednak wspaniałą niespodziankę, grając drugiego, praktycznie pełnowartościowego seta złożonego ze swoich świeższych kawałków. Mogliśmy usłyszeć piękne Big TV, wzruszające First Time Caller czy przebojowe Tokyo z najnowszego albumu grupy, Five.
Pięknym momentem było również zakończenie koncertu. Na bis White Lies zagrali Taxidermy, jeden z b-side’ów z ery To Lose My Life…, najbardziej ukochany przeze mnie utwór z całej dyskografii zespołu. Nawet jeśli wokalista miał drobne problemy z górnymi partiami, na długo zapamiętam te magiczne cztery minuty. Utworem zamykającym warszawską przygodę z White Lies było stadionowe, wzniosłe Bigger Than Us. Na publiczność ponownie spadło confetti oraz gigantyczne, białe balony. Mogliby śpiewać o wszystkim, i miłości, o życiu, czy o tak abstrakcyjnych rzeczach jak darmowe typy piłkarskie albo gotowanie makaronu do poziomu aldente (czego na szczęście nie robią), i tak bym ich kochała.
Po wieczorze wypełnionym muzyką, której z wypiekami na twarzy słuchałam dziesięć lat temu, oprócz radości zalała mnie wielka fala nostalgii. Zaszczytem było razem z White Lies celebrować dziesięciolecie albumu, który przyniósł zespołowi popularność oraz szacunek na scenie rockowej, z pełną świadomością, iż jest to być może jedyna okazja na usłyszenie wielu utworów z początku kariery grupy.

