Niemiecka energetyczna petarda powróciła do Polski.
Electric Callboy to zespół, który nie uznaje gatunkowych granic — metalcore w połączeniu z elektroniką, rave’em i popową przebojowością to ich znak rozpoznawczy. W niedzielę 23 listopada 2025 roku dosłownie roznieśli krakowską Tauron Arenę w ramach trasy Tanznied World Tour. Organizatorem wydarzenia była ekipa Knockout Productions.
Przed głównym daniem, mieliśmy okazję wsłuchać dwóch supportów, byli to Wargasm, czyli brytyjskie duo odznaczające się świeżym i nietuzinkowym brzmieniem w rockowo metalowym świecie, a następnie scenę przejęli metalcore’owi Bury Tommorow, słynący z brutalnych riffów oraz melodycznych, bujających refrenów.
Oba zespoły odegrały swoją rolę wzorowo, po ich występach każdy był w pełni rozgrzany i gotowy na main event. Zdecydowanie wyróżnić również należałoby wzajemny szacunek zespołów do siebie. Podczas występów, w przerwach między utworami wielokrotnie podkreślana była świetna atmosfera i przyjacielskie relacje panujące na trasie.
Również już od pierwszych minut koncertu było jasne, że polska publiczność potrafi stworzyć atmosferę na światowym poziomie – głośne śpiewy, potężne okrzyki i pełne zaangażowanie fanów spotkały się z wyraźną wdzięcznością grających zespołów.
Przechodząc już do samych gwiazd wieczoru.
Powiedzieć, że działo się dużo, to jakby nic nie powiedzieć. Ogień, iskry, wybuchy, crowdsurferzy oraz niekończące się moshpity – to wszystko towarzyszyło setliście wypełnionej największymi szlagierami zespołu.
Koncert otworzył najnowszy hicior Electric Callboy – Tanznied. Chłopaki wyłonili się spod czarnej kurtyny w futurystycznych strojach i tak oto zaczęło się show. Potem było tylko lepiej, setlista naszpikowana była hitami takimi jak: Hypa Hypa, Pump It, Tekkno Train, czy Spaceman.
Niesamowity entuzjazm i energia artystów sprawiła, że ani na płycie, ani na trybunach nie dało się ustać w miejscu. Totalne zaangażowanie w swoją robotę – tak najprościej można opisać performance zespołu na scenie. Wyczuwają publikę i starannie dbają o to, aby każdy mógł zaszaleć, ale również co bardzo ważne, chłopaki dbali o bezpieczeństwo uczestników przypominając o wzajemnym szacunku.
Oprawa sceniczna, efekty, przebrania zespołu dostosowane do praktycznie każdej piosenki pokazały, że organizacyjnie alt metalowe koncerty wcale nie odstają od najpopularniejszych popowych celebrytów wyprzedających stadiony.
W drugiej połowie koncertu, gdy publiczność miała okazję podziwiać solowy popis perkusisty Franka Zummo (znanego również z zespołu Sum 41), wokaliści Nico i Kevin zaskoczyli publikę pojawiając się z pianinem ustawionym na samym środku płyty, fani poproszeni zostali o włączenie latarek w telefonach i uklęknięcie. W tej wyjątkowej, niemal intymnej atmosferze wybrzmiała akustyczna wersja coveru Everytime We Touch zespołu Cascada, w której szczególnie wybrzmiał emocjonalny wokal Nico. Po tym wzruszającym momencie nie mogło być jednak inaczej, koncert szybko wrócił na właściwe, pełne energii tory, a ten sam utwór został zaprezentowany raz jeszcze, tym razem już w charakterystycznym, elektroniczno-metalowym stylu Electric Callboy.
Zbliżając się do finału koncertu, zespół postanowił na chwilę wrócić do swoich korzeni i przypomnieć publiczności, jak długa oraz bogata jest jego historia. EC funkcjonują na scenie już od ponad 15 lat, a ich dorobek zdecydowanie wykracza poza największe hity z ostatniego okresu. W setliście znalazło się miejsce na mashup starszych utworów z czasu, gdy formacja występowała jeszcze pod poprzednią nazwą, a skład zespołu wyglądał nieco inaczej niż obecnie. Był to sentymentalny ukłon w stronę fanów pamiętających wcześniejsze etapy kariery grupy i jednocześnie ciekawa lekcja historii dla tych, którzy dołączyli do chłopaków dopiero w ostatnich latach.
Po wspominkach zespół podziękował publice za ich zaangażowanie oraz wsparcie na przestrzeni tak wielu lat.
Nastał początek końca – jednak wcale nie zapowiadało się na smutne przeżycia, na wszystkich czekała największa naszpikowana energią rakieta. Koncert zakończony został w sposób idealny, czyli letnim hitem We Got The Moves. W kulminacyjnym momencie utworu na całej arenie wybrzmiał charakterystyczny potężny okrzyk jednocząc każdą obecną osobę w śpiewającym i skaczącym tłumie.
Po koncercie członkowie zespołu raz jeszcze podziękowali publice za udany wieczór i wystrzeliwując koszulki z armatki na sprężone powietrze, zespół udał się na backstage.
Czy warto zobaczyć Eletric Callboy na żywo? Zdecydowanie. Dla każdego, kto lubi mieszanie gatunków i energiczną zabawę to idealna rozrywka. Zespół nie tylko doskonale wie co robi muzycznie, to również totalni showmani, potrafiący porwać praktycznie każdego.
Czekamy na powrót do Polski!
