Site icon All About Music

Warsaw Dark Electro Festival 2015. Relacja Joanny Gulewicz

Pośród natłoku festiwali i koncertów zrzeszających wokół siebie fanów wszelkich gatunków muzycznych ze sceną dark independent jest zazwyczaj dość krucho. Właściwie do tej pory poza legendarnym festiwalem Castle Party, miłośnicy brzmień spod ciemnej gwiazdy nie do końca mieli się gdzie i na co wybrać. Niby raz do roku wpadało do nas jakieś Combichrist, czy Hocico, ale zarówno terminy, jak i miejsca występów do najbardziej dostępnych nie należały. Tak było jeszcze do soboty, kiedy to podium warszawskiego klubu Progresja otworzyło się, by po raz pierwszy zgromadzić najznamienitszych artystów zrzeszonych wokół owianego tajemnicą nurt dark electro w jednym miejscu.

Klangstabil, Solar Fake, [:SITD:], Haujobb, Mesh i chyba największa spośród wszystkich gwiazd – Covenant – tak prezentował się skład pierwszej edycji Warsaw Dark Electro Festival. Czy warto było się wybrać?

Pojawiam się na miejscu nieco spóźniona. Można powiedzieć że zagubiłam się w mieście. Znacie to uczucie – magia stolicy, magia dziwnie brzmiących i obcych nazw przystanków i magia Polskich Kolei Państwowych. Z odnalezieniem Progresji większych kłopotów nie mam – rozpoznaję ją po mocnym beacie, atakującym mnie jeszcze na ulicy i kłębach dymu tytoniowego unoszących się przed wejściem. Zdecydowanie jestem na miejscu!

fot. Sylwester DM Czapiewski‎
fot. Sylwester DM Czapiewski‎

Moglibyście sądzić, że zastanę garstkę fanów mrocznych brzmień i kilku ochroniarzy na bramce. Nic podobnego! Po pierwsze, by doprecyzować trzeba zaznaczyć, że Progresja to prawdopodobnie jeden z największych klubów w całej Polsce a i tak, mimo rozmiarów, jest pełna! Jako pierwszy na podium pojawia się zespół Klangstabil. Zawsze byłam nieco nieufna względem muzycznych mariaży muzyki z lat 80-tych z tą, królującą w gotyckich klubach obecnie. Z jednej strony dynamiczny beat i synthpopowe brzmienie, z drugiej wijące się gdzieś na marginesie syntezatory i agresywny wokal. To nie jest wbrew pozorom takie łatwe połączenie, ale z radością muszę powiedzieć, że panom z Klangstabil bardzo z nim do twarzy i wprawnie łączą te dwa pozornie sprzeczne nurty.

fot. Tansu Reichler‎
fot. Tansu Reichler‎

Klangstabil Klangstabilem, ale wszyscy nie możemy się doczekać Solar Fake. W kręgach gotyckich to gwiazda tego samego formatu, co Rihanna w muzyce pop, a więc światowego!  Legenda wyprzedza panów z Solar Fake a wszystkie bladolice gothynki (w tym ja!) rozpłomieniają się, gdy nareszcie pojawiają się na scenie.  Zrywanie się z łóżka w środku nocy, niedogodności logistyczne, błądzenie po mieście – wszystko to nabiera sensu, gdy nareszcie dostajemy swoje wyczekiwane Here I Stand. Jest idealnie!

 

Po tej kołyszącej, dark electrowej wprawce nareszcie przychodzi pora na gwiazdy z prawdziwą mocą – czyli EBM-owe [:SITD:] i Haujobb. Atmosfera gęstnieje, publiczność z niecierpliwością kłębi się pod sceną a dźwięk zaczyna niepokojąco pulsować. Wszyscy dajemy się ponieść agresywnym beatom i jadowitej melodyce. Jeśli chodzi o mnie, nie mogę złapać oddechu – ta czarna skacząca kropeczka pod sceną to właśnie ja a [:SITD:] i Haujobb to w moim odczuciu zdecydowanie najciekawsze koncerty wieczoru. Po tej fonicznej i  fizycznej rzeźni kołyszący koncert Mesh wydaje się przyjemnym czasem na złapanie oddechu i uzupełnienie płynów przy barze.

Warsaw Dark Electro Festival – to brzmi dumnie i bardzo przekrojowo, ale tak naprawdę chyba wszyscy najbardziej czekaliśmy, aż na scenie pojawią się panowie z mitycznej wręcz formacji Covenant.  To właśnie do nich mam najwięcej żalu! Oczekiwałam fajerwerków, mistycznego muzycznego objawienia, eksplozji dźwięku.. Tymczasem dostaję wciąż spóźniający się wokal, nierówną linię melodyczną i nieustanne potknięcia rytmiczne, co na imprezie tanecznej stanowi naprawdę spory problem. No fajnie , że chociaż to Ritual Noise tak nieoczekiwanie łamie mroczną konwencję i zamienia się w jeden z najdłuższych trance’owych kwałaków, jaki słyszałam. Akurat ja bawię się całkiem nieźle, i mimo że nie spodziewałabym się tego typu eksperymentów na festiwalu zrzeszającym fanów dark electro, uważam że całkiem zgrabnie wyszedł ten numer. Nie do końca jednak jestem pewna, czy równie zadowolona była reszta festiwalowiczów (a sądząc po znudzonych twarzach i sztywnej posturze ciała chyba jednak nie do końca…).

Tak czy inaczej, festiwal godny polecenia. Co wypociłam i wyskakałam to moje, drinki serwowane przy barze wyśmienite (zwłaszcza „szarlotka” – rewelacja!) a organizacja techniczna i nagłośnienie na najwyższym poziomie (wierzcie mi, to wcale nie jest łatwa sprawa – dobrze nagłośnić pełne elektronicznych meandrów koncerty z pogranicza dark electro, EBM i synthpopu). Do zobaczenia za rok!

 

Exit mobile version