Mamy drugi dzień świąt – czas sielanki, pogaduszek z rodziną i zajadania się mandarynkami. Jak się domyślacie, dla felietonisty nie jest to najlepszy moment na pisanie swojego tekstu, bo zamiast główkowania, czym by tu dzisiaj zachęcić do lektury swoich czytelników, wolałbym wraz z najbliższymi zajadać się przeróżnymi potrawami na dole w kuchni. Albo pójść na spacer do lasu – zwłaszcza, że te święta spędzam w górach. Sami widzicie – okoliczności nie są sprzyjające.
Ale postaram się Was czymś zaciekawić.
W czwartek koło godziny 17, kiedy ostatnie promienie słoneczne zniknęły za horyzontem, większość z nas zasiadła do wigilijnego stołu. 24 grudnia to dzień, w którym pędzący świat zatrzymuje się na kilka chwil. Spotykamy się z rodziną, której nie widujemy na co dzień. Czerwony barszcz, ten sam barszcz, który jemy kilkanaście, lub kilkadziesiąt razy w roku, smakuje jakoś inaczej. Lepiej. Po obfitej kolacji następuje czas dyskusji. Na niektórych stołach pojawia się flaszka, otwierająca wszystkim usta i umysł. Wigilia, rozumiana jako wydarzenie, a nie ganianie po kuchni i pichcenie pierogów, karpia, kapusty, itd, to moment odpoczynku. Ale nie każdy i nie zawsze obchodził ten dzień w taki sposób.
24 grudnia 1988 roku pewne nieznane trio działające aktualnie w Seattle postanowiło rozpocząć pracę nad swoim debiutanckim albumem. Nazywali się Nirvana, a ich motorem napędowym był filigranowy blondyn o imieniu, które zaledwie trzy lata później znał już cały świat – Kurt Cobain. Muzycy, jak to bardzo często bywa w przypadku początkujących kapel, byli kompletnie spłukani. Grali dużo, ale robili to w ramach promocji, a nie dla zysku. Pieniędzy starczało na transport i ewentualnie wyżywienie, którego i tak bardzo często brakowało. O finansową pożyczkę zwrócili się do znajomego gitarzysty Jasona Evermana. Cały koszt nagrań miał wynieść 606 dolarów i 17 centów. Mimo, że kurs tej waluty był wyższy niż obecnie, to kwota ta, z perspektywy późniejszych sukcesów Nirvany oraz wielomilionowej sprzedaży Bleach, jest i tak wręcz śmiesznie niska.
Pierwszego dnia zespół poświęcił na nagrywanie cztery godziny. Do studia powrócił jeszcze kilkukrotnie, jednak całość pracy nad albumem nie przekroczyła w sumie tygodnia. Ostatnia sesja została przeprowadzona 24 stycznia. Nirvana miała stworzony swój pierwszy album. Nosił tytuł Bleach. Został wydany dopiero 15 czerwca 1989 roku. Jason Everman, fundator płyty, po sesji nagraniowej stał się drugim gitarzystą zespołu. Kurt i koledzy, w ramach podziękowania za finansowy wkład, umieścili go na okładce płyty oraz wpisali jako muzyka grającego na wydawnictwie mimo, że w rzeczywistości Everman nie zagrał na Bleach nawet jednego akordu. Gitarzysta nie utrzymał się w zespole i wyleciał jeszcze zanim grupa zaczęła w ogóle myśleć o płycie Nevermind z 1991 roku, która zrobiła z nich rockową legendę. Jason Everman do dziś twierdzi, że Nirvana nigdy nie oddała mu tych rzeczonych 606 dolarów i 17 centów.
Bleach w początkowym okresie bytowania na rynku nie okazał się sukcesem. Płyta została nagrana w bardzo słabej jakości, co zapewne mogło odtrącić fanów rocka, zwłaszcza, że w tamtym okresie królował porządnie zrealizowany i zmasterowany hard rock spod znaku Guns N’ Roses i pudel metal w stylu Bon Jovi i Motley Crue. Debiut Nirvany na ich tle jest surowy niczym tatar, ale dzięki temu właśnie stał się jednym z pierwszych krążków, który zasiał ziarno nowego gatunku w muzyce gitarowej – grunge’u. Album sprzedawał się bardzo kiepsko. Dopiero po wydaniu Nevermind fani zainteresowali się poprzednim wydawnictwem grupy, dzięki czemu wskoczyło ono do jakichkolwiek zestawień. Z takiego obrotu spraw cieszą się na pewno nabywcy albumu Bleach na winylu z pierwszego tłoczenia. Został on wydany na białym winylu w ilości 1000 egzemplarzy. To pokazuje, że wytwórnia SubPop, wydawca tego materiału, nie za bardzo wierzyła w swojego podopiecznego. Posiadacze tej płyty są teraz szczęściarzami – jej wartość to ok. 1500 dolarów, ale czytałem też o aukcjach, gdzie „poszła” za 8000 dolarów.
Reszta kariery Nirvany to już historia naznaczona olbrzymim sukcesem i jeszcze większą tragedią. Czasem aż nie mogę się nadziwić, że od momentu wydania Bleach do śmierci Kurta Cobaina minęło niecałe 5 lat. A nie zapominajmy, że ich prawdziwy sukces rozpoczął się na przełomie 1991 i 1992 roku. W trzy lata Nirvana wypracowała sobie taką pozycję w świecie rocka, której inne kapele nie potrafią osiągnąć czasem w pół wieku. A ten muzyczny triumf narodził się w pewien wigilijny wieczór w Seattle.
P.S. Z okazji świąt chciałbym życzyć wszystkim czytelnikom All About Music dużo zdrowia i pieniędzy. Jak będziecie mieli jedno i drugie, cała reszta życzeń się na pewno spełni.

