Site icon All About Music

Vance Joy – Dream Your Life Away (2014), recenzja Łukasza Jankowskiego

Każdy muzyk musi pamiętać, że nie ustrzeże się porównań do innych osobistości muzycznych. Taki los podzielił również James Koegh, który ukrywa się pod pseudonimem Vance Joy. Bardzo często porównywany jest do Jeffa Buckleya. To co łączy tych dwóch muzyków jest podobnie przejmujący głos u obojga oraz fascynacja muzyką indie oraz alternatywą. Vance Joy jakiś czas temu wydał swój pierwszy długogrający album, warto się z nim zapoznać?

Młody Australijczyk zadebiutował w ubiegłym roku i niemal natychmiast stał się rozpoznawalny w swoim kraju. Jego muzyczny talent odkryła wytwórnia Atlantic Records (wchodzi w skład koncernu Warner) i podpisała z wokalistą kontrakt na następne pięć wydawnictw płytowych. Po jakimś czasie do cyfrowej sprzedaży trafił mini-album God Loves You When You’re Dancing. Na tym extended playu pojawił się jego największy hit – Riptide.

Riptide to utwór, który również pojawił się na krążku Dream Your Life Away i z całą pewnością jest to najjaśniejszy punkt całego zaprezentowanego materiału. Na tle wszystkich piosenek jest bardzo żywą kompozycją i bardzo szybko wpada w ucho. Nie jest to typowy radiowy hit, który wbija nam się w umysł. Jest to bardzo przemyślana kompozycja, która razem z teledyskiem tworzy jedną spójną całość. Natychmiast do gustu przypadł mi tekst, który idealnie pokrywa się z tym, co dzieję się w klipie tworząc dla mnie nierozerwalne małe arcydzieło. Wyłącznie słuchając Riptide mam wrażenie, że nie jest to produkt kompletny, który bez filmu traci swoją magię. Dzięki temu numerowi Vance Joy stał się rozpoznawalny w innych zakątkach świata – w swoich rodzimych stronach pokrył się potrójną platyną, kompozycja pojawiała się w alternatywnym zestawieniu Billboardu.

Jamesowi na pewno nie można odmówić talentu, sam tworzy swoje piosenki. Dodatkowo gra na ukulele oraz gitarze. Ma lekką i charakterystyczną barwę głosu, która bardzo rzadko spotykana jest u mężczyzn. Jednak słuchając Dream Your Life Away odnosi się wrażenie, że ten materiał został wydany za szybko, potrzebne byłoby jeszcze kilka chwil, by dopracować całość. Zaskakuje niespójność dźwięków, refreny są niemiłą niespodzianką. Pojawiają się w nich nuty, jakby z innego utworu, który jest z kompletnie innej bajki. Ne znaczy to, że album jest zły. Jest po prostu przeciętny i zbyt monotonny. Brakuje tutaj odpowiedniego rozmieszczenia kawałków. Niemal wszystkie wyróżniające się i dobre numery pojawiają się na początku, a zakończenie potrafi znużyć nawet najtwardszego zawodnika. W pierwszej części płyty mamy wcześniej wspomniane, genialne Riptide. Album w bardzo ciekawy i interesujący sposób otwiera Winds of Change z country’owym zacięciem. Dostajemy również Mess is Mine, które w świetny sposób potrafi grać na emocjach. Pojawia się dobra balladowa pieśń Who Am I oraz dramatyczne We All Die Trying To Get It Right.

Vance Joy potrafi zręcznie mieszać muzykę indie, folk i pop. Bardzo łatwo idzie odszukać w jego twórczości inspirację Mumford & Sons, Bonem Iverem oraz The Lumineers. Dzięki takim kompozycjom jak Riptide oraz First Time odniesie sukces. Za sprawą pierwszego sukces artystyczny, dzięki drugiemu – komercyjny. Przez taką przebojowość numerów z pewnością osiągnie popularność i trafi do serc wielu słuchaczy. Niestety album nie spełnił moich oczekiwań, oczekiwałem czegoś z wyższej półki, a dostałem klasycznego średniaka, który idealnie sprawdzi się jako muzyczny podkład do jesiennego wieczoru. Nic więcej.

Exit mobile version