Site icon All About Music

Uliczni kaznodzieje w pandemicznej melancholii. Manic Street Preachers – The Ultra Vivid Lament, 2021 (recenzja)

Walijski zespół powrócił z materiałem zatopionym w refleksji nad niepewnością i poczuciem braku bezpieczeństwa w post-pandemicznej rzeczywistości.

Wspominanie o tym, że pandemia i lockdown miały ogromny wpływ na powstanie danego albumu stało się już truizmem, ale muzyka jest jedną z tych sfer, gdzie to dojmujące doświadczenie widać bardzo mocno. Z jednej strony, lockdown był dobrą okazją do tego, by w szale tras koncertowych, zwolnić nieco tempo i znaleźć czas na przygotowanie nowego materiału, z drugiej strony, warstwa liryczna post-pandemicznych albumów często nabiera bardzo refleksyjnego, niemal elegijnego materiału.

Nowe wydawnictwo Manic Street Preachers w warstwie lirycznej skupia się na psychologicznych reakcjach ludzkiego organizmu na zamknięcie i wyobcowanie. Teksty Nicky’ego Wire’a pokazują świat, w którym kontrola nad życiem staje się pozorna, a człowiek nie zauważa, jak staje się przedmiotem manipulacji. Poczucie bezpieczeństwa ustępuje przed strachem i niepewnością, a alienacja uzmysławia stratę, której dotychczas w pędzie życia nie dostrzegaliśmy. Refleksja to smutna i niepokojąca, na którą z pewnością miała wpływ śmierć rodziców Wire’a, którzy w krótkim odstępie czasu zmarli na raka.

I w tym sensie, nie jest to w muzyce Manic Street Preachers nic nowego. Znani są bowiem z dużej przenikliwości w komentowaniu rzeczywistości i otwarcie deklarowanych lewicowych poglądów. Co zaskakujące, muzyka na The Ultra Vivid Lament została skomponowana przez Jamesa Deana Bradfielda na fortepian, choć dotychczas robił to na gitarze. Jest przez to bardziej popowo, można doszukiwać się inspiracjami nawet Abbą czy w ogóle muzyką popularną przełomu lat 70. i 80. Inspiracje szwedzką grupą słychać najbardziej na drugim singlu, The Secret He Had Missed, zwłaszcza w partiach granych na fortepianie, które brzmią, jak żywcem wyjęte z utworu Abby. Tu jednak ciekawsza wydaje się warstwa liryczna, napisana w formie dialogu między dwójką znanych walijskich malarzy, którzy są jednocześnie rodzeństwem – Gwen i Augustus Johnowie. Utwór pokazuje rozdźwięk w ich podejściu do życia, mimo że tak wiele ich łączy.

Jednym z najciekawszych utworów na płycie jest otwierający Still Snowing in Japan. Utrzymany w dość melancholijnym nastroju utwór wraca do japońskiej trasy koncertowej zespołu w pierwszej połowie lat 90. Manic byli wtedy kwartetem, w zespole grał jeszcze Richey Edwards, świetny tekściarz i gitarzysta, jedna z czołowych postaci walijskiego ruchu Cool Cymru. Pamięć po koledze z zespołu, który w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach zaginął w 1995 r., jest wciąż żywa i objawia się m. in. w ostatniej linijce tekstu: „The four of us against the world, oh, against the world„.

Singlowy Orwellian to bardzo celna krytyka współczesnych czasów, w których prawda staje się kłamstwem, a odwracanie pojęć i znaczeń staje się główną bronią ludzi przeciwko ludziom. Orwellowski świat, według Manic Street Preachers, to świat kulturowej wojny wszystkich ze wszystkimi, napędzany przez technologie, nad którymi nikt nie ma kontroli. Muzycznie znowu słyszymy wyraźne inspiracje Abbą, a gościnnie na gitarze zagrał Lindsey Buckingham.

The Ultra Vivid Lament to całkiem udana płyta. Na pewno nie dorównuje Everything Must Go czy This Is My Truth Tell Me Yours, nie podbije stacji muzycznych, ale jest ciekawą propozycją na długie, jesienne wieczory. To po prostu bardzo ładne utwory, których dobrze się słucha. Manic wciąż to potrafią.

Exit mobile version