Sanah ma świetne radiowe hity, wielką popularność i świeżo wydaną płytę, którą nagrała z mozaiką wspaniałych, różnorodnych artystów. Czy to wystarczy, żeby zagrać porządny koncert na dużej scenie i obronić swój materiał na żywo?
Zdecydowanie nie. Do tego potrzeba jeszcze charyzmy, świetnego, czystego wokalu, przemyślanej setlisty, ciekawych aranżacji, bystrej konferansjerki – lista jest długa. Na szczęście we wtorek w Warszawie Sanah dała nam wszystko to i dużo więcej. Był sztuczny śnieg i prawdziwy deszcz, solowe hity i bangery odśpiewane z gośćmi, skrzypce i fortepian, a nawet płatki kwiatów i mydlane bańki spadające na nas z sufitu. Show przygotowane było z takim rozmachem, że trudno było uwierzyć, że to występ polskiej artystki. Zuzia zdołała oczarować publiczność, a z każdą jej piosenką nasz apetyt na więcej coraz bardziej rósł.
Wydarzenie zostało podzielone na 4 części inspirowane czterema porami roku Vivaldiego. Kiedy wybrzmiała ostatnia piosenka z części jesiennej, byłam przekonana, że to już koniec. Jednak tłum domagał się kolejnych niespodzianek, a wokalistka miała ich pod ręką kilka. Doczekaliśmy się premierowego muzycznego wykonania wiersza „Warszawa” Juliana Tuwima oraz mojego ulubionego utworu „Sen we śnie” odegranego przez Zuzię na fortepianie. Choć brzmiało to jak pożegnanie, nie mogło się obyć bez piosenki „Eldorado”, która opowiada o Warszawie. Tłum tak bardzo szalał przy refrenie, że udało się namówić piosenkarkę na bis. Ostatecznie koncert trwał na tyle długo, że większość zdążyła już porządnie zgłodnieć, szczególnie po obejrzeniu wszystkich pyszności, które wyświetlały się za muzykami na telebimach. Na szczęście czekały na nas kabanosy Sanah, w kolejce po które z dumą stanęliśmy zaraz po wyjściu z sali.
Zapamiętam ten koncert jako majstersztyk branży rozrywkowej. Stroje, światła, układy taneczne, instrumenty, slajdy, confetti, goście – wszystko miało na celu zabawiać publiczność i doskonale spełniało swoją rolę, a przy tym było bardzo spójne. Każda piosenka była przemyślana od początku do końca i nawet przy wolniejszych numerach nie dało się nudzić. Sanah z dużą pewnością siebie i bez cienia zawstydzenia mówiła, że jesteśmy jej „ciepłymi bułeczkami czosnkowymi” i opowiadała o swoim ulubionym śniadaniu podczas zmian technicznych na scenie. O ile niektórych młodych artystów oglądam z obawą o to, że zaraz im się powinie noga, o tyle na Zuzię patrzyłam z ciekawością i ekscytacją, czekając na to, czym za chwilę mnie zaskoczy i oczaruje.
Gdybym miała zmienić jedną rzecz w tym show, to byłaby to liczba zaproszonych na scenę gości. Marzy mi się choć jeden taki koncert, na którym zobaczyłabym i Grzegorza Turnaua, i Dawida Podsiadłę, i Kwiat Jabłoni etc. Przy okazji tej trasy było powiedziane z góry, że w każdym mieście pojawi się tylko jeden artysta z nowej płyty, jednak oryginalne duety brzmią tak pięknie, że aż żal pozbawiać ich drugiego głosu. Może kiedyś…

