Site icon All About Music

U2 – Songs of Innocence (2014). recenzja Bartka Karlickiego

9 września U2 niespodziewanie i w niespodziewany sposób wydali swój 13. album. Dzięki współpracy z Apple o nowym dziele zrobiło się głośno, nie tylko ze względów artystycznych. Sprawdźmy więc, czy aby otoczka nie przysłoniła samej muzyki Irlandczyków.

Zespołowi na Songs of Innocence udała się sztuka niespotykana. Pomimo, iż posiadają jeden z najbardziej rozpoznawalnych stylów w muzyce rozrywkowej, to  swoje najnowsze piosenki wycisnęli z jakiejkolwiek oryginalności. Rozwodnili je tak skutecznie, że w zasadzie nie ma osoby, której mogłyby one przeszkadzać.  Postuluję,   aby szybko zmienić tytuł płyty na Songs of Radio Zet, może się jeszcze nikt nie zorientuje. Współpracą z Apple przypieczętowali swoją ultrakomecyjną pozycję w świecie rozrywki (bo ciężko tu mówić o sztuce). Zarzucano wielokrotnie zespołowi Coldplay, że ten stara się być nowym U2. Moim zdaniem w chwili obecnej mamy do czynienia z procesem odwrotnym. To Bono i spółka naśladują swoich młodszych kolegów. Every Breaking Wave spokojnie mogłaby być śpiewana przez Martina. Ja nawet nie mam o to żadnych pretensji do zespołu. Rozumiem ich ciężką sytuację. Przez 38 lat od powstania zespołu w kuchni perkusisty, działali w zasadzie w niezmienionym składzie. Mało, które małżeństwo jest w stanie tyle przetrwać. Łatwo w takiej sytuacji popaść w rutynę. Wiem, że między pewnymi muzykami istnieje specyficzna więź, która pomaga im w tworzeniu rzeczy wyjątkowych, obawiam się jednak, że już dawno się ona z szeregów U2 ulotniła.  Do tego dochodzi fakt, że wypracowali swój zabójczy styl, który zrodził wiele znakomitych piosenek, ale eksploatowany przez tyle lat zaprowadził U2 donikąd. W przeszłości trochę kombinowali. Raz kierowali się bardziej w stronę amerykańskiej muzyki, innym zapatrzyli się na zespoły w rodzaju Stone Roses, ale samo sedno pozostawało to samo. Po prostu nawet tak zdolni ludzie jak Bono z kolegami nie są w stanie w nieskończoność tworzyć ekscytującej muzyki, korzystając z tych samych patentów. Zdaje się również, że kieruje nimi jakaś chęć stania się bandem totalnym. Ta cała akcja z Apple i zapewnienia, że kierują muzykę w nowe rejony. Pomijam sam fakt, że jeżeli Itunes  ma być przyszłością muzyki, to będzie to przyszłość wyjątkowo czarna, ale ta sytuacja obrazuje megalomańskie zapędy U2.

Okej, dowaliłem już wystarczająco jednemu z najważniejszych zespołów w historii, teraz czas przejść do konkretów. Otwierające płytę The Miracle, to fajna (to znienawidzone przez polonistów słowo pojawiło się nieprzypadkowo) i chwytliwa piosenka. Z pewnością najbardziej udana na płycie, trochę w stylu nowej odsłony OneRepublic. Jednak cała płyta brzmi jakby ktoś podał nam esencję pop rockowych szlagierów skroplonych z dowolnie wybranej radiostacji. Można sobie potupać, pokiwać głową, a nawet coś zanucić, tylko że od takiego zespołu oczekiwałbym trochę więcej. Przy California ( There is No End to Love) poziom banału sięgnął szczytu, a to dopiero początek płyty. Song for Someone, to jakiś krewny piosenek 3 Doors Down. Naprawdę ciężko się słucha tej łatwej płyty. Aż dziw bierze, że na następczynie nudnawego No Line On The Horizon musieliśmy czekać, aż pięć lat. Iris ( Hold Me Close) do momentu okropnego refrenu przypomina nieco klimatem rewelacyjny debiut zespołu, ale niestety nie na długo. Jeśli chodzi o koszmarne piosenki to mamy jeszcze Volcano, Cedarwood Road, czy This Is Where You Can Reach Me Now. Intrygująco wypada refren w Raised by Wolfs, a Sleep Like a Baby Tonight, to wyjątkowo udany jak na tę płytę utwór. Naprawdę jest przy czym się zatrzymać. Ciekawie wypada jednostajny syntezator i narastająca zwrotka. Wprawdzie napięcie spada w refrenie, ale jest on na tyle ładny, że to zupełnie nie przeszkadza.

Patrząc na historię zespołu, to niesamowite jak z nieśmiałych, post punkowych chłopaczków wyrośli na mega gwiazdy muzyki. Przebyli naprawdę długą i wspaniałą drogę. Niestety od pewnego czasu zespół stoi w miejscu i nie proponuje niczego ciekawego. Co atrakcyjniejsze momenty Songs of Innocence dają nadzieję, że mający się niedługo ukazać nowy album będzie lepszy. O ile odrzucą chęć udowodnienia, że są największym zespołem świata, to ta w gruncie rzeczy nietrudna sztuka może się im udać. Nadzieja umiera ostatnia.

Exit mobile version