Zawsze mnie intrygowało, że kilka dekad temu wydawanie kilku płyt w jeden rok należało do normalności. Z czasem artyści zaczęli dawać sobie więcej czasu na odpowiednią promocję efektu swojej pracy w studiu nagraniowym, wybierając kolejne single, kręcąc teledyski, koncertując w różnych miejscach globu i długo celebrując pojawienie się nowego materiału. Jednak przerwy trwające ponad dekadę należą do rzadkości. Właśnie tyle czasu (a żeby być bardziej dokładną – jedenaście lat) kazała na siebie czekać Charlene Keys, która występuje pod pseudonimem Tweet (nie mylić z „ćwierkaniem” na Twitterze).
Tak długa nieobecność na scenie każe przypuszczać, iż artystka wyjechała na długie wakacje, zajęła się inną działalnością lub zwyczajnie zapadła się pod ziemię, W rzeczywistości Tweet wciąż była obecna, wciąż miała co robić. Pozostawała jednak w cieniu innych muzycznych sław. Warto jednak choćby krótko wspomnieć, gdzie mignąć nam mógł podczas tej dekady pseudonim Keys. Wokalistka współtworzyła album The Dresden Soul Symphony, wydała epkę Simply Tweet oraz śpiewała gościnnie m.in. u Lil’ Mo, Moniki, Angie Stone czy Keke Wyatt.
Trzeci album Amerykanki z pewnością wcześniej ujrzałby światło dzienne, gdyby nie mały spór wokalistki z wytwórnią. O co poszło? O niedostateczne wsparcie i brak zaangażowania w promocję muzyki Tweet. Szczęśliwie następca It’s Me Again trafił w końcu w nasze ręce. Płyta Charlene zabiera nas w podróż po neosoulowych i rhythm’and’bluesowych, niezwykle kobiecych i łagodnych kompozycjach.
Amerykańska wokalistka serwuje nam kawałki utrzymane w jednym, całkiem spokojnym tempie. Na Charlene nie ma przebojów, nie ma chwytających refrenów. Czasem Tweet skręca w stronę klasycznych aranżacji, serwując nam chociażby błogie Magic, przywodzące na myśl lata 90. Somebody Else Will (z gościnnym udziałem przyjaciółki artystki – Missy Elliott), Got Whatcha Want, Dadada…Struggle czy I Was Created For This. Innym razem na swój sposób dostosowuje np. akustyczne melodie (Won’t Hurt Me, The Hardest Thing, I Didn’t Know) czy kojarzące mi się z afrykańskimi rytmami bębny (Priceless).
Tweet chciała chyba wynagrodzić nam swoją długą nieobecność, stąd niestandardowa liczba kompozycji, które trafiły na jej tegoroczne wydawnictwo. Charlene to jeden z tych albumów, na których ciężko wskazać zarówno wspaniałe, jak i nieudane utwory. Wszystko jest aż do bólu poprawne, i naprawdę potrzeba spędzić z krążkiem kilkanaście dobrych dni, by piosenki przestały zlewać się w jedną, długą kompozycję. Stąd też Charlene jest „płytą-tłem”, którą lubię włączać, gdy zajmuję się czymś innym a nie chcę siedzieć w ciszy. Ciężko jednak odmówić nowej Tweet uroku.

