Nadszedł finałowy trzeci dzień. Na dużej scenie tylko jeden projekt muzyczny, Iamamiwhoami, innymi słowy rozreklamowane, jako gwiazda i duże nadzieje. Powoli trzeba zbierać się ku scenie i dać sobie odpłynąć przy alternatywnie ten ostatni raz.
Ludzie już jakby nieco zmęczeni, przygarniają pufy i siadają, by podziwiać koncert, na skakanie pozwalają sobie nieliczni. A szkoda, bo nasze trójmiejskie Branches dawało sobie rady nie najgorzej. Nie wiem czy to grupka znajomych zespołu czy przypadkowi ludzie, ale w pierwszych bramkach zaczęli zachowywać się jak groupies. Po dobrym graniu przyszedł czas na szybkie tempo i pozytywnego kopniaka – Ulster Page. Wokalista to pełen energii człowiek, którego trudno było uchwycić w jednym miejscu na scenie. Francuzi naprawdę dali popis, chociaż pospolitego ruszenia pod sceną nie było (czy ludzie byli aż tak zmęczeni?), ale pierwszy rząd ratował sytuację i bawił się, za co został nagrodzony płytami.
Czekając na występ The Sweet Release Of Death, dowiedziałam się, iż gwiazdka dużej sceny nie życzy sobie fotografowania podczas koncertu ani prób. Nigdy nie zrozumiem, czemu artyści tego nie chcą, ale to już temat na osobny artykuł. W związku z tym kaprysem klub musiał zostać zamknięty, nie wpuszczono nawet The Sweet Release Of Death, aby się rozłożyli, z czego wynika opóźnienie na małej scenie. Członkowie zespołu przeprosili, że musieliśmy czekać i podziękowali za cierpliwość. Noise pop to ciekawa strefa muzyczna, ale niestety nie przekonali mnie do siebie, głównie chyba ze względu na basistkę, która, o losie, jeszcze śpiewa. Bez niej byłoby o niebo lepiej. Jej głos to był faktycznie noise.
Przyszedł czas na Iamamiwhoami. Kapryśna artystka, ale trzeba jej oddać, że zna się na rzeczy – jej głos jest przepiękny, a muzyka z pogranicza house i elektroniki po prostu ciekawa. Zrobiła show, nie do końca mi się podobało, coś było sztucznego zamiast pięknego w jej ruchach i to coś, co założyła na siebie, nawet nie wiem jak to nazwać płaszcz? Był niepotrzebny, nie dodawał walorów artystycznych, ani nie wyglądał. Szwedka nie odezwała się ani razu w trakcie koncertu, tylko ukłonami wyrażała swoją wdzięczność dla publiczności – co dawało interesującą nutkę tajemniczości. Jedyny kontakt z publicznością Iamamiwhowami złapała podczas nakładania korony, w której przyszła jedna z fanek. Gromkie brawa i okrzyki pożegnały artystkę i tak zarazem pożegnaliśmy ostatniego artystę dużej sceny tegorocznego festiwalu.
Enchanted Hunters, po opisie spodziewałam się wiele po Polakach– dream-pop i dream-folk oraz dźwięki fletu. Po raz kolejny dowiedziałam się, iż nadzieja matką głupich. Mieli potencjał, ale jak dla mnie kończył się on w opisie. Nie wiedzieć, kiedy dotarliśmy do ostatniego zespołu również z Polski – Izes. Kiedy tylko zobaczyłam wokalistkę skojarzyłam jej twarz z Dodą. Całe szczęście jej muzykę już nie, grali ciekawe, ale na poziomie dobrze się kończy. Nie było zastrzyku energii na koniec.
I to niestety byłoby na tyle. Trzy dni zabawy, trzy dni podróży muzycznej, trzy dni integracji. Teraz trzeba czekać cały rok na następną edycję. Tegoroczny line up był interesujący, czasami zaskakujący. Mnie osobiście festiwal otworzył jeszcze bardziej na szeroko rozumianą scenę alternatywną.
Miejmy nadzieję, że do zobaczenia w przyszłym roku.
