Upragniony powrót chłodnych dźwięków syntezatorów, gorących gitar i chwytających za serce tekstów. Grupa White Lies ponownie odwiedziła Polskę przy okazji promocji swojego najnowszego albumu Five. Jak było na koncercie w warszawskiej Proximie?
Five, piąty (jak sama nazwa wskazuje) album post-punkowej grupy z Londynu ukazał się zaledwie miesiąc temu. White Lies, czyli Harry, Charles i Jack nie odpoczywają – od razu ruszyli w trasę promującą krążek. Na liście miast, do których zawitali, znalazła się Warszawa. Koncert w klubie Proxima został wyprzedany.
Jako support wystąpił Boniface – pod tym pseudonimem kryje się Micah Visser z kanadyjskiego Winnipeg z towarzyszącym mu zespołem. Muzyka Boniface to nowoczesny pop z pozytywnymi wibracjami, na żywo zyskujący bardziej rockowy sznyt dzięki towarzystwu gitar. Uroczy wokalista wydawał się nieco oszołomiony rozmiarem warszawskiej publiczności, po każdej piosence dziękując wszystkim za przybycie. Osobom zainteresowanym zgłębieniem jego twórczości z czystym sumieniem polecam utwór I Will Not Return As A Tourist.
White Lies pojawili się na scenie z kilkuminutowym opóźnieniem. Klub był wówczas już całkowicie wypełniony ludźmi – przyznam szczerze, że dawno nie doświadczyłam w Proximie takiego ścisku. Na otwarcie koncertu panowie wybrali utwór Time to Give – najwcześniej wydany singiel z albumu Five i jedną z najbardziej przebojowych piosenek z tej płyty. Publiczność, która miała już sporo czasu na zapoznanie się z tym utworem, zareagowała bardzo dobrze. Jeszcze więcej energii można było poczuć jednak podczas Farewell to the Fairground, jednego ze starych przebojów z debiutanckiej płyty zespołu. Dla mnie jest to utwór niezwykle nostalgiczny, przypominający mi nie tylko o rodzinnym mieście i czasach liceum, ale również o koncercie White Lies, który miałam okazję zobaczyć w 2011 roku podczas festiwalu w Krakowie. Wzruszenie ścisnęło mnie za serce tak samo, jak przed laty, i uroniłam pierwsze (ale nie ostatnie) łzy tego wieczoru.
Po kolejnym dość świeżym singlu, Believe It (z prostym refrenem zachęcającym do wspólnego śpiewania), zespół wykonał aż trzy utwory ze słowem love w tytule: There Goes Our Love Again, Is My Love Enough oraz Hold Back Your Love. Ten pierwszy wypadł najlepiej i wzbudził najwięcej entuzjazmu. Ucieszyła mnie również obecność na setliście Big TV, moim zdaniem trochę niedocenianej piosenki z wydanego w 2013 roku albumu o tym samym tytule.
Całe szczęście White Lies nie odwrócili się od swoich starszych utworów i nadal wykonują je na żywo. Death, ze swoim nieco patetycznym, wznoszącym się refrenem jest idealnym utworem koncertowym, co można było poczuć i usłyszeć w Proximie. Chyba nie było w tłumie osoby, która nie śpiewałaby yes, this fear’s got a hold on me. Kolejnym wzruszającym momentem było również usłyszenie przejmująco smutnego, ale wzniosłego Unfinished Business, utworu, który kocham od lat. Zgromadzona publiczność świetnie reagowała na piosenki z debiutanckiego albumu grupy, co utwierdziło mnie w przekonaniu, iż twórczość White Lies ma dla wielu nostalgiczny wymiar.
Swój moment chwały miały również kolejne utwory z Five: intrygujące, nieco lżejsze Jo?, taneczne Tokyo, czyli najświeższy singiel zespołu, a także Never Alone czy Kick Me. Chociaż publiczność miała mniej czasu na zapoznanie się z tymi utworami, zostały one odebrane całkiem entuzjastycznie. Podczas Tokyo ciężko było przynajmniej nie pokiwać głową do rytmu.
Ciekawą formułę miały bisy. Utwór Change Harry McVeigh wykonał samodzielnie, akompaniując sobie na klawiszach. Swoją drogą szkoda, że w tej aranżacji mieliśmy okazję usłyszeć tylko jeden utwór – taka chwila refleksji i uspokojenia była bardzo potrzebna. Już w towarzystwie reszty zespołu wybrzmiały Fire and Wings, przebojowa propozycja z Five, oraz jeden z „klasyków” White Lies, Bigger Than Us.
Harry McVeigh, wokalista zespołu, jest człowiekiem czynu: koncert był raczej pozbawiony pogaduszek i anegdot, a kontakt z publicznością ograniczony do podziękowań i paru słów o radości związanej z powrotem do Polski. Łatwo można było zauważyć, że członkowie White Lies wolą, aby przemawiała za nich ich muzyka. Zgromadzona w Proximie publika nie miała z tym problemu. Najwierniejsi fani unosili kartki z napisem Welcome home. Mam nadzieję, że White Lies nigdy nie przestaną do nas wracać, ponieważ serce ich muzyki, przykryte płaszczykiem post-punkowego chłodu, bardzo głośno bije w otoczeniu polskiej publiczności.

