Tricky nigdy nie był artystą, który kazał długo czekać swoim fanom na kolejne płyty. Nadprodukcja treści często odbywała się ze szkodą dla ich poziomu artystycznego, ale ostatnie lata nie potwierdzają tej tendencji. Bristolczyk wciąż jest w dobrej formie, co słyszymy na Lonely Guest.
Wszystkie recenzje wydawnictw Bristolczyka są do siebie doskonale podobne. Każdy zwraca uwagę na klimat zadymionego pomieszczenia, gęste bity, rockowo-elektroniczne intrumentarium i charakterystyczną melorecytację. Wszystko to buduje aurę niepokoju, przytłoczenia i depresji. Z Lonely Guest jest podobnie. To sprawdzone klisze, te same zagrywki dla tego samego odbiorcy. Od wielu lat Adrian Thaws, kryjący się za pseudonimem Tricky, nie jest artystą poszukującym, a raczej replikującym. A jednak wciąż jest słuchany i wzbudza emocje. Może nie takie, jak w połowie lat 90. kiedy nagrywał z Massive Attack i pierwsze solowe płyty, ale jego nazwisko, zwłaszcza na Wyspach Brytyjskich, nadal coś znaczy.
Tylko dlaczego cały czas piszę o Tricky’m, skoro album jest sygnowany twórczością Lonely Guest? To nowy projekt, którego twórcą jest właśnie legenda trip hopu. Pozornie nie różni się niczym od poprzednich dokonań Thawsa. Tym razem jednak na pierwszy plan wysuwają się inne osobowości. Tricky zaprosił do współpracy swoją stałą współpracowniczkę, Martę Złakowską, Joe Talbota z Idles, londyńskiego rapera Kwaya czy zmarłego kilka miesięcy temu Lee „Scratcha” Perry’ego. W rezultacie Bristolczyk bierze mikrofon do ręki tylko w trzech kawałkach i też raczej jako wokal wspierający, zostawiając pole do popisu innym. Bardziej realizuje się jako producent sprawujący pieczę nad całością. Dlatego Lonely Guest, a nie Tricky. Płyty w ogóle nie było w planach, a już na pewno nie w takiej formie. Okazało się jednak, że wymuszone przez pandemię prace studyjne poszły w kierunku pełnoprawnego albumu, choć zaledwie 25-minutowego.
Dostajemy aż dziesięć utworów, spośród których tylko jeden przekracza trzy minuty. Płyta jest stosunkowo równa, jeśli chodzi o poziom piosenek (rzadka rzecz u Tricky’ego, może to zasługa gości), ale można wyróżnić kilka, które brzmią szczególnie dobrze. Na pewno na uwagę zasługuje Move Me z wokalem Marty Złakowskiej. Bardzo dobra rzecz, chyba najbardziej podobna do poprzednich dokonań Tricky’ego. Gęsty bit w minimalistycznych zwrotkach i mocny refren z grunge’owym vibe’m. Ciekawy jest też inny singlowy numer – Pre War Tension z gościnnym udziałem Joe Talbota z Idles. Linia basowa z utworu zostaje na długo w głowie, a kawałek znowu kradnie kojący głos Marty Złakowskiej. Trudno się dziwić, że Tricky przywiązał się tak do polskiej wokalistki, towarzyszącej mu w nagraniach i trasach koncertowych już od kilku lat. Przypomina mi to nieco współpracę Massive Attack i Elisabeth Fraser z czasów Mezzanine.
Z mniej udanych prób można wymienić Pay my Taxes z Dave’m Murkage’m, który to utwór brzmi, jak rzewna ballada. Zupełnie inne wrażenie sprawia On a Move w wykonaniu Kwaya, wyrzucającego słowa z prędkością szybkostrzelnego karabinu w akompaniamencie złowieszczego bitu. To kolejny bardzo minimalistyczny utwór, ale dobrze oddający jako singiel zawartość płyty.
Przyznaję, że płyty Tricky’ego traktuję od wielu lat, jako moje guilty pleasure. Patrząc na to z dystansu, można stwierdzić, że Bristolczyk mieszkający obecnie w Berlinie, wydaje muzykę zbyt często ze szkodą dla jakości, ale te gęste, depresyjne bity mimo wszystko nadal mają coś w sobie. Wysłuchałem Lonely Guest z przyjemnością i dla fanów tego rodzaju muzyki jest to z pewnością ciekawa rzecz, którą warto wrzucić na słuchawki.
