Site icon All About Music

Torwar w transie. Zespół Archive wystąpił w Warszawie. Relacja Izabeli Zadury

Archive są na scenie już od 25 lat. Z tej okazji postanowili wydać kompilację 25, zawierającą najważniejsze utwory w historii zespołu, oraz wyruszyć w europejską trasę koncertową z aż pięcioma koncertami w Polsce. Jak wypadł ten na warszawskim Torwarze?

Ponieważ był to mój pierwszy koncert Archive, chciałabym opowiedzieć nieco zarówno o pozytywnych, jak i negatywnych stronach wydarzenia. Zacznijmy od minusów, aby jak najszybciej mieć je z głowy. Warszawski Torwar to jedna z większych sal koncertowych w mieście, i odnoszę wrażenie, iż organizatorzy koncertu nieco się przeliczyli, wybierając właśnie to miejsce na koncert Archive. Zapełnione były wyłącznie sektory naprzeciw sceny, jeśli zaś chodzi o płytę, tyły świeciły pustkami, a z przodu można było spokojnie podejść prawie pod same barierki, wyjść do baru, wrócić i ponownie zająć to samo miejsce. Być może było to związane ze specyfiką publiczności, która raczej nie była nastawiona na szaloną zabawę, ale atmosfera była nieco sztywna i pozbawiona życia. Tutaj dochodzimy do tego, czego najbardziej zabrakło mi podczas koncertu ze strony samego zespołu, a mianowicie kontaktu z publicznością. Dave Pen był jedynym z ośmiu (!) muzyków na scenie, który przywitał widownię czy kilka razy podziękował za oklaski. Można powiedzieć, że taki jest po prostu styl Archive – surowy i minimalistyczny, uważam jednak, że ich muzyka nie straciłaby należnego jej miejsca w świetle reflektorów gdyby artyści spróbowali w jakikolwiek sposób zaangażować zgromadzonych fanów. Wręcz przeciwnie, mogłaby na tym tylko zyskać. Dodatkowo nie mogę nie wspomnieć o horrendalnej cenie jedynej otwartej tego wieczoru na Torwarze szatni – 5 złotych zdecydowanie nie jest i nie powinno być normą, nawet w stolicy. Ale dość już narzekania!

Znalezienie się w świecie Archive było niesamowitym przeżyciem. Już od pierwszego utworu, You Make Me Feel, można było poczuć, że muzycy są na scenie od wielu lat i osiągnęli perfekcję w tym, co robią. Sposób, w jaki harmonizowały ze sobą instrumenty, a często również i wokaliści, których w zespole jest trójka (Dave Pen, Pollard Berrier, Maria Q), był wręcz magiczny. Czasem zdarza się, że zespoły brzmią na żywo dokładnie tak, jak na albumach, Archive jednak wynosi tę umiejętność na wyższy poziom, dodając epickie, perkusyjne crescenda lub przedłużając swoje (i tak długie) utwory nawet do kilkunastu minut.

Jeśli chodzi o setlistę, nie zabrakło na niej licznych perełek, które w większości mają również swoje miejsce na jubileuszowym albumie. Wyróżnić chciałabym pełne złości Fuck U, niesamowicie wciągające Pills oraz moje ulubione Bullets. Pollard Berrier dał niesamowity popis w utworze Controlling Crowds. Wokalnie gwiazdą wieczoru był jednak Dave Pen, którego głos jest niezwykłym pryzmatem dla całego wachlarza emocji, i który zdawał się również mieć najwięcej odwagi do podejmowania ryzyka.

Najwięcej entuzjazmu z warszawskiej publiczności wykrzesały utwory bisowe, czyli Lights oraz, przede wszystkim, Again, którego wykonanie trwało prawie dwadzieścia minut, i po którym wszyscy członkowie zespołu ukłonili się publice niczym aktorzy w sztuce teatralnej. Dopiero kiedy wybrzmiały ostatnie dźwięki tego utworu, było mi dane otrząsnąć się z transu.

Mimo minusów organizacyjnych, koncert Archive zdecydowanie można zaliczyć do udanych. A mało energiczną publiczność tłumaczę sobie tym, że dla wszystkich zgromadzonych oglądanie Archive na żywo było niczym religijne doświadczenie, a doświadczenie tak wielkiej wagi wymaga skupienia.

Exit mobile version