Ona jest dwudziestoośmioletnią wokalistką pop. On jazzowym wykonawcą, który za dwa lata obchodzić już będzie dziewięćdziesiąte urodziny. Dzieli ich aż sześćdziesiąt lat, łączy zaś zamiłowanie do wspaniałych brzmień złotej ery amerykańskiej muzyki. Czy Lady Gaga, którą kojarzymy dziś przede wszystkim z przekombinowanymi klipami i szalonymi kostiumami, miała w ogóle prawo poczuć się swobodnie w jazzowym repertuarze? Czy Tony Bennett, wokalista, mający na koncie ponad pięćdziesiąt albumów, nie obawiał się, że nagrywając płytę z kontrowersyjną gwiazdą, przestanie być brany na poważnie?
Obydwoje potrzebowali tej płyty, obydwoje potrzebowali siebie. Dla Lady Gagi album Cheek to Cheek jest powrotem do brzmień, które kochała jako nastolatka. Jest również lekarstwem na niezbyt udany Artpop. Z nowym, jazzowym repertuarem artystka (która zagubiła się w tym całym szaleństwie) ma szansę trafić do ludzi, którzy dotąd specjalnie ją od siebie odsuwali, uważając jej twórczość za sztuczną i plastikową. Bennett zaś nagrywając z popularną gwiazdą pop może liczyć na rozgłos wśród młodszych pokoleń.
Współpraca tych dwojga rozpoczęła się w 2011 roku. Na album Tony’ego, Duets II, trafił utwór The Lady Is a Tramp nagrany właśnie z Lady Gagą. Wtedy to była tylko zabawa – kolorowa wokalistka szalała w studiu zarażając wszystkich pozytywną energią i robiąc z tego utworu niejako parodię jazzowej muzyki, otrzymując nieco teatralny efekt. W ciągu tych trzech Gaga lat bardzo się zmieniła, dojrzała. Słuchając Cheek to Cheek nie mamy już przed oczami piosenkarki, która gdzieś tam próbuje znaleźć swoje miejsce w muzyce jazzowej. Mamy zaś do czynienia z artystką, która jest w pełni świadoma swojego głosu (wreszcie bez komputerowych efektów!), oraz odzyskała pewność siebie. W studiu, ramię w ramię, Lady Gaga i Bennett przygotowali zestaw jedenastu klasyków, zaczynając na utworach Cole Portera i Irvinga Berlina, a na kompozycjach Duke’a Ellingtona i Johnny’ego Burke’a.
Album Cheek to Cheek cechuje bogactwo dźwięków i wrażeń. Chyba w żadnym innym gatunku nie skupiam się tak na melodiach – zachwycając się lub ganiąc tekst czy wykonanie – jak właśnie w muzyce jazzowej. To właśnie aranżacje budują specjalny, niezapomniany i elegancki klimat tych utworów.
Album Cheek to Cheek rozpoczyna się od lekkiej, bujającej kompozycji Anything Goes, w której jednak niezbyt przekonuje mnie momentami nieco dziecinny wokal Lady Gagi. Dużo bardziej wokalistka przekonuje mnie w zaczynającym się bardzo delikatnie nagraniu tytułowym. Razem z Bennettem tworzą ładną, musicalową wręcz kompozycję, opartą głównie na dźwiękach pianina. Instrumenty smyczkowe uwagę na siebie zwracają w świetnej, przenikliwej, balladowej piosence Nature Boy. Do spokojnych utworów należy również solowy popis Lady Gagi w postaci zagranego na pianinie, wciągającego kawałka Lush Life. Kompozycja, w której usłyszeć możemy samego Bennetta (Sophisticated Lady), zachwyca swą prostotą. Do delikatniejszych utworów, nadających się bardziej do odprężenia się aniżeli potańczenia, należy także But Beautiful.
Padł w poprzednim akapicie zwrot do potańczenia. Osoby, które z muzyką jazzową dotąd wiele wspólnego nie miały, bo kojarzyły ten gatunek jedynie z nudnymi, poważnymi kompozycjami, koniecznie powinny sięgnąć po żywiołowe, orkiestrowe piosenki w stylu I Can’t Give You Anything But Love, Firefly, I Won’t Dance czy Let’s Face the Music and Dance, przy których nogi same rwą się do tańca. W czasach, kiedy nikt nawet nie myślał, że kiedykolwiek nastanie era disco czy elektronicznych, często arytmicznych, rąbanek, przy takich swingujących utworach odbywały się najlepsze imprezy.
Co do tego, że Cheek to Cheek będzie jedną z najciekawszych płyt tego roku, nie miałam żadnych wątpliwości. Z niepokojem jednak obserwowałam reakcje fanów Lady Gagi na odejście ich idolki od electropopowych, radiowych piosenek do jazzowych, dojrzałych kompozycji. Rozumiem, że jazz nie jest gatunkiem, którym jesteśmy dziś karmieni przez stacje radiowe, i że nie każdy musi się w nim odnajdywać. Jednak twierdzenie, że wokalistka stacza się przez takie melodie, jest niepoważne. Ona właśnie teraz przeistoczyła się z poczwarki w pięknego motyla. Doceniam jej pracę i odwagę. W końcu mam ją za co szanować i liczę na ciąg dalszy eksperymentów z taką muzyką.

