Site icon All About Music

Tokio Hotel – Dream Machine (2017), recenzja Patrycji Muchy

Dlaczego nie doceniacie Tokio Hotel? – takie pytanie zadałam niedawno moim znajomym. Jednym z argumentów podanych jako odpowiedź było zdanie „bo nie jestem już emo”. Moi drodzy! Pora ocknąć się i przejrzeć na oczy. Tokio Hotel to nie tylko Durch den Monsun, mamy 2017 rok i chłopaki zmienili się. Spójrzcie tylko na Dream Machine.Materiał z Kings of Suburbia, krążka którym czwórka chłopaków z Niemiec powróciła do przemysłu muzycznego, sprawił że pomyślałam o Tokio Hotel inaczej niż dawniej. Dobra, debiutowali 13 lat temu, a ja wtedy wolałam bawić się lalkami Barbie niż słuchać ich muzyki i jeśli o nich myślałam, to w kontekście tego, że się ich boję. Tyle z mojego usprawiedliwiania się. Obecnie zupełnie inaczej patrzę na zespół, który teraz jest mieszanką power popu, pop rocka i rocka alternatywnego.

Od ostatniej płyty zespołu minęły trzy lata. Trzy długie lata minęły zanim na świecie pojawiło się zupełnie nowe dziecko Tokio Hotel. Kojarzycie Dream Machine? Jeśli nie, to musi się to koniecznie zmienić i mam nadzieję, że stanie się to teraz. Płyta zupełnie różni się od poprzednich wydawnictw zespołu. Pierwsze dwa albumy Tokio Hotel zdominował ich ojczysty język niemiecki. W późniejsze wydania wkradał się język angielski. Szósty – Dream Machine – to już wydanie w całości anglojęzyczne, z resztą tak jak Kings of Suburbia. Jeśli więc nie mieliście styczności z twórczością chłopaków od ich powrotu w 2014, będziecie zaskoczeni tą przemianą.

Dream Machine to kontynuacja poprzedzającego krążek wydania. Zespół wie jaką drogą chce zmierzać i tego się trzyma. Znajdujemy tutaj dziesięć utworów, w których na próżno szukać prawdziwych brzmień gitary, choć zdarza się usłyszeć fortepian. Cała płyta to efekty dźwiękowe, syntezatory. Zaprezentowany efekt pracy Tokio Hotel otwiera piosenka Something New, która według mnie została wybrana idealnie na rozpoczęcie przygody z całym albumem. Do tego pasuje do okładki, o której muszę napisać. Oprawa graficzna Dream Machine jest świetna. Nie wiem czy ktoś jeszcze patrząc na nią powiedziałby, że kojarzy się ona z jednym z seriali Netflixa – Stranger Things. Wokal Billa świetnie pasuje do tak klimatycznej piosenki. Do tego jest to pierwszy singiel z Dream Machine.

Bardzo dobrze się stało, że What If zostało drugim singlem. Pisząc szczerze, jest to pierwsza piosenka z tej maszyny snów, którą usłyszałam. Rytmiczna, pozostawiająca ślad i chęć przesłuchania innych utworów. Rytmem pochwalić może się też utwór noszący tytuł samej płyty – Dream Machine, czy Boy Don’t Cry. Elysa jest za to piosenką dosyć mroczną na początku, później zaczyna się coś dziać – napięcie rośnie, aż w końcu dochodzi do niczego i czuję niedosyt. Cotton Candy Sky i As Youg As We Are nie za bardzo do mnie przemawiają. W mojej opinii, wraz z Elysa, są to najsłabsze punkty całego Dream Machine, chociaż As Young As We Are jeszcze daje radę.

Za to Better to trzeci ulubieniec z najnowszej płyty Tokio Hotel. Czuję tu nostalgię, której jestem fanką, ale jednak jest ona przerywana w refrenie. Cały album zamyka utwór Stop, Babe. Co on tu robi? Słuchając pierwszy raz tej piosenki, odniosłam wrażenie, że zupełnie tam nie pasuje. Mimo to podoba mi się i z chęcią będę do niej wracać. Co z Easy? No właśnie, tu niby słychać ten prawdziwy fortepian, ale nie zostaje on z nami na długo. Nostalgia podobna do tej w Better, ale znacznie słabiej to czuję.

Co mogę powiedzieć o całej płycie? Jest przyjemna mimo paru minusów, którymi są niektóre piosenki lub zbyt duża ilość auto-tune zastosowana w głosie Billa. Większe zaskoczenie uderzyło mnie przy poprzedniej płycie. Przy tej nie dostaję w twarz zupełnie innym Tokio Hotel, bo zespół już wcześniej zaprezentował całkowicie świeżą odmianę siebie. Teraz też i ja wiem czego oczekuję od grupy. Czekam na kolejne wydania! Czas poświęcony na słuchanie Dream Machine to zdecydowanie czas spędzony dobrze.

Exit mobile version