Site icon All About Music

„To jedyny album na świecie, który połączył Kylie Minogue i Boba Dylana”. Wywiad z Jackiem Savorettim

Choć ma dopiero 35 lat, wydał już pięć albumów. Teraz nadszedł czas na premierę jego kolejnego, szóstego krążka, zatytułowanego „Singing to Strangers”. Mam wrażenie, że Jack Savoretti zawarł w nim cały swój romantyzm. Oprócz wokalu Brytyjczyka, usłyszymy tam również głos Kylie Minogue oraz tekst Boba Dylana.

W styczniu pojawił się singiel „Candlelight” promujący nową płytę. W tym kawałku lekko zachrypnięty głos dojrzałego mężczyzny przypomina mi nieco styl Garou, ale zachęcam, żebyście posłuchali i obejrzeli teledysk (bo jest na co popatrzeć) i sami ocenili.

Marta Umiejewska: Jak się czujesz przed wydaniem kolejnego albumu?

Jack Savoretti: Jestem bardzo podekscytowany! Każde muzyczne dziecko jest ważne, ale to jest dla mnie szczególnie ważne i nieco inne. Trochę zaryzykowaliśmy przy tym albumie. Ma on dość wyjątkowe brzmienie, bo zależało mi na tym, żeby nie przypominał niczego, co leci teraz w radiu. Pracował ze mną wspaniały producent, Cam Blackwood, i zawsze, kiedy wydawało mi się, że już jest dobrze, on próbował wyciągnąć ze mnie jeszcze więcej i zazwyczaj mu się to udawało. To było fajne, bo sam nie wiedziałem, że jestem zdolny do takich rzeczy. Ale zawsze jestem ciekaw tego, jak moja muzyka zostanie przyjęta, bo tak naprawdę nigdy nie wiadomo.

MU: Nowa płyta nosi tytuł „Singing to Strangers” (ang. śpiewając do obcych). Uświadomiłam sobie, że Twoja praca w dużej mierze polega na kontakcie z obcymi ludźmi – fanami, muzykami czy dziennikarzami. Nie czujesz się trochę aktorem w tych wszystkich relacjach?

Jack Savoretti: Na pewno jest w tym trochę grania, tak jak zresztą wszędzie. Wchodzimy w role nawet na zakupach. Codziennie zakładamy maski i dajemy show, żeby dostać to, czego chcemy. Mam dwoje dzieci i życie z nimi przypomina teatr. Jako dorośli potrafimy ujarzmić tę teatralność zachowań, ale nawet samo to powstrzymywanie się jest znów wchodzeniem w jakąś rolę. A mówiąc bardziej na temat – zdecydowanie czasem mi się zwyczajnie nie chce spędzać czasu z obcymi ludźmi, ale to jest moja praca. Poniekąd opowiadam o tym w tytułowej piosence.

MU: A ile w tej pracy jest Twojej pasji?

Jack Savoretti: 100%. I to się nie zmienia. Jak muszę wstać o 4. w nocy, żeby zdążyć na samolot, to miłość do mojej pracy wyciąga mnie z łóżka.

MU: W 2008 roku wyruszyłeś w intensywną trasę po… kawiarniach Caffè Nero.

Jack Savoretti: To był chory pomysł. Teraz myślę, że było fajnie, ale wtedy to był koszmar. W Wielkiej Brytanii Caffè Nero ma taki zwyczaj, że wybiera artystę miesiąca. Wtedy dopiero zaczynaliśmy, więc jak się dowiedziałem, że nas wybrano, to pomyślałem, że fajnie będzie zagrać ze dwa koncerty dla nich. Caffè Nero nie miało wykupionej licencji na długie koncerty, więc zaproponowali nam, żebyśmy wpadali zagrać gościnnie kilka piosenek. Zaczęliśmy od dwóch kawiarenek, a skończyliśmy na… 63 w miesiąc. Byliśmy naprawdę wszędzie. W ramach autopromocji jeździliśmy po Anglii, Szkocji i Walii, dając czasem trzy występy dziennie, i nikt nam za to nie płacił. Pod koniec byłem tak wykończony, że się rozchorowałem. Ale wypiłem chociaż dużo dobrej, darmowej kawy :D Spotkałem potem młodą wokalistkę w namiocie Caffè Nero na festiwalu muzycznym i spytała mnie, czy to ja jestem ten Jack z trasy po kawiarniach. Odpowiedziałem, że tak, a wtedy ona się pochwaliła, że też wyjechała w tę trasę i zagrała aż 35 koncertów (śmiech)

MU: Przejdźmy do kwestii tekstu Boba Dylana, bo mam wiele pytań. Jak dostał się w Twoje ręce? Czyj to był pomysł? Czy marzysz o poznaniu jego twórcy?

Jack Savoretti: Yyyyy, szczerze mówiąc nie jakoś szczególnie. To znaczy dostałem już to, czego chciałem. Uwielbiam przede wszystkim słowa Boba Dylana, a nie samą postać. Czuję się jakbym znalazł walizkę z pieniędzmi na ulicy, zgarnął ją i uciekł zanim ktokolwiek zdążył zadać jakiekolwiek pytania. A trafiłem na nią faktycznie przypadkowo, dzięki mojemu menadżerowi. Okazało się, że nieużyte teksty Boba Dylana z lat 90. zostały znalezione przez jego menadżera w walizce w jego biurze i spytano mnie, czy chciałbym na nie zerknąć. Odpowiedziałem, że jasne, ale nie sądziłem, że naprawdę mi je prześlą. A kilka dni później tak się stało. Proces pisania muzyki był bardzo frustrujący – spędziłem kilka godzin z gitarą, ale wszystko, co grałem, brzmiało jak tania podróba Boba Dylana. Chciałem odpuścić, bo wydawało mi się to niedorzeczne i ryzykowne. Ale postanowiłem usiąść do pianina i spróbować jeszcze raz. Nagle powstało coś, co wreszcie mogłem nazwać swoją piosenką, mimo że wszystkie słowa są jego. Dopiero wtedy w pełni zaakceptowałem ten pomysł.

MU: Jako dziecko byłeś ponoć rozkochany w poezji. To z Tobą pozostało?

Jack Savoretti: Tak. Piosenki są często bardzo poetyckie i taki jest też proces tworzenia tekstów. Utwór Boba Dylana to zdecydowanie wiersz – tekst jest mocno niejasny, pozostawia przestrzeń do interpretacji i pracy wyobraźnią. Brakuje w nim szczegółów. Ja nie stworzyłbym takiego utworu – jestem bardziej dosłowny w swoich tekstach i piszę raczej krótkie opowiadania, a nie wiersze.

MU: Współpracowałeś też z Kylie Minogue. Jak było?

Jack Savoretti: Świetnie! To też był przypadek. Mieliśmy współpracować przy soundtracku do irlandzkiego filmu reżyserowanego przez jej przyjaciela. Pierwotnie mieliśmy śpiewać cover „Rivers of Babylon”. Spotkaliśmy się w studiu – Kylie była bardzo miła, przesłodka. Wypiliśmy kawę, pogadaliśmy i nagraliśmy piosenkę. Po skończonej pracy doszliśmy do wniosku, że może zaśpiewamy wspólnie coś jeszcze. Miałem pomysł na piosenkę, więc jej go pokazałem, spodobało jej się i zrobiliśmy to. Nigdy w życiu nie spodziewałem się, że do tego dojdzie. To prawdopodobnie jedyny album na świecie, który kiedykolwiek połączy Boba Dylana i Kylie Minogue. Jestem dumny z tego osiągnięcia.

MU: Skoro mówimy o kobietach, czy uważasz się za romantyka? Twoja muzyka by na to wskazywała.

Jack Savoretti: Nie wiem, czy sam jestem romantyczny, ale uwielbiam romantyzm. I nie mam tu na myśli romansu w wydaniu walentynkowym, tylko raczej romantyzm, który można odnaleźć w starym kościele, pięknym wierszu czy kwitnącym ogrodzie. Chodzi o taką atmosferę, która różni się od reszty świata. To nie tak, że nie znoszę Walentynek – uważam, że nie ma żadnego powodu nienawidzieć święta, w którym chodzi o miłość, świat ma większe problemy.

MU: A co najbardziej romantycznego zrobiłeś w życiu?

Jack Savoretti: Oświadczyłem się. Ale nie było przy tym baloników w serduszka czy bukietów róż. Moja partnerka się do mnie nie odzywała. Byliśmy razem od 5 lat i rozstaliśmy się na trzy miesiące. Wtedy mnie nienawidziła. Dałem jej tydzień na zastanowienie się, czy chce się ze mną spotkać i porozmawiać. Powiedziałem, że po tym tygodniu będę na nią czekał w Serpentine Museum w Hyde Parku, w niedzielę o godzinie 12:00. W ciągu tego tygodnia doszedłem do wniosku, że chcę się jej oświadczyć. Kupiłem pierścionek, poleciałem do Szwajcarii spytać tatę o zdanie, wróciłem, poszedłem do parku, a ona… przyszła spóźniona. I to bardzo. Ale porozmawialiśmy i się zaręczyliśmy.

MU: Od razu powiedziała tak?

Jack Savoretti: Nie. (śmiech) Zanim się oświadczyłem, to przez dwie godziny opowiadała mi o tym, jaki straszny ze mnie człowiek. Stałem tam z tym pierścionkiem, który miałem wrażenie, że wypala mi dziurę w kieszeni, i myślałem sobie: „Może to jednak nie był taki świetny pomysł”. Po tych dwóch godzinach zaczęliśmy wracać i dopiero wtedy spytałem ją, czy zostanie moją żoną. Zgodziła się. To spotkanie było moim zdaniem bardzo romantyczne, nawet wtedy, gdy na mnie krzyczała. Moja wizja romantyzmu jest zawarta w tym albumie. Zarówno te dobre, jak i te złe chwile.

Exit mobile version